Gniew Bogów

10 Ernzeit 2544 Kusel - Winnica Loric

10EZ2544

“Zabijanie ludzi w taki sposób by czuli jak największy ból to sztuka. I jeden ze zwierzoludzi posiadł ową wiedzę, co wykorzystywali wszyscy inni. Szczególnie zaś jeden rosły człekoczłek z ułamanym rogiem i bielmem na jednym z oczu. Śmierdziało od niego końskim moczem ale nikt nie śmiał nawet oddychać w jego pobliżu. To właśnie on często brał ze sobą niską istotę postury kozy, która to potrafiła wyciągnąć z człowieka tyle bólu, że inni zatykali tylko uczy ale i tak łzy same płynęły z oczu. Teraz też złamany róg przechadzał się pomiędzy drzewami i patrzył na ludzi przywiązanych do nich. Obok niego dreptał zabójca czekając na to, co zrobi jego pan. Ten zaś chodził kopytami łamiąc gałązki i stukał delikatnie o wystające kamienie. Wreszcie przystanął przy obdartym mężczyźnie. Pochodził z Middenheim i był chyba kupcem. Jego ręka była chyba złamana bo zwisała luźno i ruszała się inaczej niż by sugerowało ciało. Krzywy róg wskazał go a kozopodobny zwierzoczłek podbiegł do niego i odwiązał od drzewa. Potem wziął postronek o poprowadził go za sobą w głąb lasu, tam, gdzie poszedł jego pan. Krzyk, który potem zabrzmiał, po raz kolejny zmroził nasze serca. I choć słyszało się już podobne to nigdy nie jesteś na niego gotowy. Łzy same potoczyły się po policzku. "

Gniew Bogów
Strona 7

DrogaOdpoczynek w Kusel był niczym wytchnienie po burzy. Wreszcie normalne łóżko, bez przeciągów i z odgłosami miasta. Prawie tydzień w podziemiach, szczególnie dla ludzi, którzy nie nawykli tyle przebywać w takich miejscach, musiał odbić się na samopoczuciu. Pewnie dlatego wszyscy szybko zasnęli jak tylko udało się wynająć pokój w zajeździe „Pręgierz”. Noc minęła spokojnie choć od wieczora zbierało się na burzę, a ranek przywitano kaszą i optymizmem. Przy śniadaniu omówiono również kolejne kroki. I wybrano udanie się do zamku Loric, na południe. Mimo sprzeciwu Raimara wszyscy podjęli wyzwanie i wybrali to, co było obarczone dużym ryzykiem w opisie z biblioteki.

Przed wyruszeniem złożono wizytę u Shally by poinformować o zniszczeniu pleśni. Przeorysza nieokazała radości z tego powodu, ale grzecznie podziękowała i obiecała, że jeśli będą w pobliżu i będą potrzebować pomocy medycznej to łaska Shally będzie tu na nich czekać. Chciano też porozmawiać z poszkodowanym przez pleść, którego spotkano tu tydzień temu, ale pacjent już wyszedł i nikt go więcej nie widział. Pozostało tylko uzupełnić zapasy jedzenia oraz oliwy i ruszyć na południe.

Ponowna wizyta w zajeździe „Leśny” i zjedzenie wędzonych węgorzy przyjęto z radością. Wypytywanie o dalszą drogę nie wskazywało na kłopoty więc niezwłocznie drużyna ruszyła dalej. Trakt nadal był przejezdny i bezpieczny, choć nie tak ważny i szeroki jak prowadzący do Talabheim. Mijano w drodze podróżnych, czasami przejechał strażnik drogowy a pogoda dopisywała. Informacje zbierane o Loricu były szczątkowe i póki co niewiele więcej dawały niż to, czego już się dowiedziano w bibliotece.

Kolejny nocleg wypadł już w lesie i to dość głębokim. Faktoria „U Alkiego” przyjęła wszystkich, ale o komforcie można było zapomnieć. Lało cały dzień i każdy nad głową przywitano by z radością. Tylko Raimar tym się nie przejmował, gdyż jego deszcz nie imał się tak jak innych. Może to fakt mamrotania inkantacji pod nosem albo wrodzone szczęście – i tak każdy się krzywo patrzył czując zimny strumy deszczu na plecach. Faktoria specjalizowała się w skupie i garbowaniu skór przez co utrzymywał się tu zapach, którzy inni dobrze znali z dzielnicy rzemieślniczej Talabheim. Sam Alki to niepozorny człowiek, który nie odzywał się wiele i równie niewiele mógł zaoferować. Nocleg wypadł w dużej izbie a do jedzenia była tylko kasza ze skwarkami. Przed takim żarciem ostrzegał karczmarz z „Leśnej” ale nie miało to teraz znaczenia. Liczył się ciepły kąt i kwaterka piwa. Ubranie dosuszało się nad piecem a wieczorową porą, tuż przed spaniem popytano dwójkę miejscowych o Loric. Wiele nie powiedzieli, a to, co znali to plotki. I to te plotki zaczęli opowiadać.

Zamek Loric to przeklęte miejsce. Ze ścian wychodzą duchy, korytarzami przechadzają się potwory a wieczorami słychać śpiewy kultystów. Korzystający z magii mogą tam znaleźć wieczną sławę lub wieczny odpoczynek spowodowany pękniętą głową. Plotki wspominają też o istotach, których tam się nikt nie spodziewał jak chociażby orki, demony lub centaury. Przechodzą oni przez dziurę w powietrzu i przenoszą się w czasie z przeszłych wojen. Mogą też porywać podróżników do środka. Nikt nie wie, gdzie oni potem się znajdują. Krzyki, światła, ryki i błyski – tym przywita Loric każdego, kto tam się uda. Po tej rozmowie zapadła cisza.

-_ Niech ktoś mi przypomni – idziemy tam, bo tak jest … taniej?_ – zapytał retorycznie Raimar.

Gunthar westchnął ciężko.

- Może jednak cmentarz? Kultystów zdzierżę, orków w małych ilościach też, ale stwory? Demony?

Ratt odłożył pusty kufel i przetarł mokrą od piwa brodę.

- Myślicie, że po cmentarzu na zamku się poprawi? I tak trzeba będzie tu wrócić i narysować te cholerne mapy.

Dyskusja rozgorzała, a jej wynikiem było utwierdzenie w podróży do zamku. Spytano się o kolejne miejsce, gdzie można odpocząć. Alki z uśmiechem powiedział, że następny jest zajazd „Mroki Nocnych Łowców” co wymawiał z uśmiechem na ustach jednak nie chciał nic mówić i powiedział by spytać Kurta jak już drużyna będzie na miejscu.

DreetzKolejny dzień był lepszy od poprzedniego bo nie padało. Marsz potrafi rozgrzać każdego dlatego nikt nie narzekał na temperaturę. Droga się dłużyła i każdy miał dość, ale pokonano kryzys i wieczorem przywitano zajazd przycupnięty przy drodze. „Mroki Nocnych Łowców” dumnie prężył się na tle wieczornego nieba. Las tutaj się przerzedzał a budowla nie wyglądała na szczególnie złowrogą. W środku było przytulnie, spokojnie i pachniało smakowicie. Na ścianach wisiały sieci rybackie, pęknięte wiosła i nawet połowa żelaznej kotwicy. Zamówiono pokój, jedzenie oraz koniecznie historię związaną z nazwą zajadu. Kurt, właściciel zajazdu, lekko się skrzywił, ale chyba dlatego, że musi coś robić po raz setny niż z irytacji faktem tłumaczenia czegokolwiek. Powstanie nazwy okazało się zwykłą pomyłką wynikłą z niewiedzy ojca Kurta, który założył ten zajazd. Był żeglarzem i osiadł tutaj budując zajazd. Chciał go nazwać „Wspaniała perła” ale nie umiał pisać. Poprosił jednego z gości by mu to napisał. Ten, może dla żartu lub z przekory, napisał coś innego. I tak już zostało. Zanim ojciec Kurta się zorientował minął rok i wszyscy znali to miejsce z przekręconej nazwy. Cóż było robić.

Noc minęła spokojnie i rankiem rozpoczęto podróż do Dreetz, które to miejsce miało być ostatnim przed zamkiem. Po całym dniu marszu udało się dotrzeć na miejsce, które okazało się wioską położoną pomiędzy wzgórzami. Największy dom należał do wójta, który przywitał podróżnych i przyjął ich w stodole by mieli miejsce do odpoczynku. Przestrzegał przed ruszaniem do zamku, ale skoro tam już ktoś musi iść to niech uważa na wszystko. Z wioski tam nikt nie chodzi, nawet Oskar, który handluje skórami z okolicznymi traperami. Wyjątkiem jest starowinka, Elza, która zbiera zioła i zapuszcza się w tamte rejony.

Przed udaniem się na spoczynek postanowiono porozmawiać z handlarzem oraz babcią zielarką. Najwyraźniej nikt więcej nie interesował się tym miejscem. W rozmowie z wójtem często pojawiał się motyw ludzi, którzy tu przychodzili do zamku. I to nawet dosyć często. Pojawiali się magowie, podróżnicy, zbrojni i łachudry. Każdego przyciągał zamek ale niewielu wracało. Niektórzy bez członków lub ze strachem w oczach, ale przynajmniej żywi. Dlatego ostrzegają wszystkich, że to miejsce jest niebezpieczne. Tą opinię potwierdził Oskar. Żaden traper tam się nie zapuszcza bo tam nie ma zwierząt. Nikt tam nie jest nawet przez przypadek, bo lepiej siedzieć w lesie niż na wzgórzach. A Wzgórza Kols, które zaczynają się właśnie przy zamku mają złą sławę. Tam dzieją się dziwne rzeczy i po zmroku lepiej tam nie przebywać jeśli nie zachodzi wyższa konieczność. Jednak nie tylko sam zamek jest niebezpieczny, ale i okolica. Trzeba wystrzegać się wszystkiego, co wygląda dziwnie. Szczególnie szerokim łukiem należy omijać Czerwony Bród. To przejście przez rzekę prowadzące do zamku i utworzone przez kamieni koloru krwi. Mówi się, że kto przejdzie przez nie do dojdzie w zupełnie inne miejsce niż drugi brzeg rzeki. On sam zna tylko jedną osobę, która to robi i nadal żyje – to stara Elza. On sam nie chadza tam i nie zamierza.

ElzaStarowinka żyjąca na skraju wioski w rozpadającym się domku, ugościła podróżnych w środku swojego lokum. Wszędzie pojawiające się zioła nie zostawiały wątpliwości co do profesji kobieciny. Potwierdziła, że zbiera zioła i czasami chodzi do zamku bo tylko tam może znaleźć te najrzadsze, jako chociażby nurglowe ziele. Jednak odradza wizytę na zamku. Jest on niebezpieczny bo sam może zdecydować, że ktoś mu nie odpowiada. Potrafi zabijać ścianami i choć wiele ich nie zostało, to nadal jest groźny. Za żadną cenę, chyba że życia, nie można korzystać z Czerwonego Brodu ani wchodzić do Jaskini nieopodal zamku. Do niej wrzucono wszystkich zabitych podczas ostatniego szturmu na zamek. Jednak po kilku dniach ciała zniknęły. Nie wiadomo jak i dlaczego. Kto w tym grzebie, sam znika bez śladu. Elza powiedziała jednak jedną rzecz, która dawała nadzieję. Jeśli wejdzie się do zamku to lepiej niczego nie dotykać, nie stukać, nie rozwalać ani nie dotykać. Wtedy jest szansa, że zamek pozostanie uśpiony. Jednak jeśli będzie inaczej, to… Lepiej nie myśleć, co się może stać.

Elza często wędruje też na wzgórza, które są pełne ziół ale które nie są do końca bezpieczne. To miejsce pradawnych mocy, które są starsze niż sam Taal. Wzgórza często zwieńczone są kamienną koroną, która tworzy krąg zwabiający zwierzoludzi. Odprawiają oni swoje rytuały budząc owe moce. Trzeba wiedzieć, kiedy iść i kiedy nie wchodzić. Zaleca udać się do zamku i wzgórza za tydzień. Za trzy dni będzie nów i wtedy magia miejsca się potęguje. Lepiej z nią nie igrać.

-_ A wiesz coś więcej o zamku?_ – spytała Desdemona.

- Zamek był tutaj od zawsze, ale magia go zniszczyła. Ostało się z niego niewiele a historia powoli wymazuje go z pamięci. Ja sama już wiele nie pamiętam, ale jest ktoś kto mógłby wam pomóc. To mój znajomy z dawnych lat – Sigmur. Mieszka w Teuplitz i zajmuje się w wolnych chwilach starymi budynkami, historią i legendami.

- A jak go poznamy? – kontynuowała Desdemona. – Nie ukrywam, że może być osobą, której szukamy, niekoniecznie w sprawie zamku.

- Och, to proste. Sigmur był kiedyś klaunem i pracował w cyrku. Teraz też czasami dorabia sobie bawiąc ludzi na rynku. Podejdźcie do niego i przywitajcie po imieniu, które wam podałam. Będzie wiedział, że to ktoś, kto przychodzi w konkretnej sprawie.

- Dziękujemy bardzo. To może być trop, którego szukamy.

Z bogatej zielnej biblioteki, jaką posiada Elza, zakupiono zioła na zakażenie, które może się przytrafić każdemu. Po kolejnym ostrzeżeniu dotyczącym zamku opuszczono starowinkę i cała drużyna spotkała się w stodole, gdzie zbierano siły na jutrzejszą podróż do ruin.

Kolejne trzy dni drużyna spędziła w drodze na wschód, poprzez las i wzgórza, kończąc na skraju lasu niedaleko ruin na odległym wzgórzu. Zamek Loric to była faktycznie ruina i nie ostała się na nim żadna ściana. Kikuty narożników, strzaskana baszta i resztki murów nie zachęcały do wejścia. Czuć było wokół dziwną atmosferę na którą kręcił nosem Raimar. Wieczorem i w nocy widać było migotliwe światło w pękniętej baszcie co tylko udowodniło, że w każdej plotce znajduje się ziarno prawdy. Coś się działo na zamku i najwyraźniej trzeba tam będzie pójść.

Zamek LoricRankiem, kiedy gęsta mgła zakryła wzgórza, drużyna ruszyła w stronę zamku. Podejście było proste i ostatnia prosta wyglądała obiecująco. Do czasu, kiedy z mgły wynurzyła się jakaś postać. Widać ją było poprzez pasma mgły, jak sunie pewnie choć ciężko. W ruchach tego człowieka było coś dziwnego i nikt nie chciał ryzykować, by ktoś taki podszedł blisko. Gunthar i Ratt ruszyli na zwarcie by z szarży zadać pierwszy i może decydujący cios. Tak się niestety nie stało, ale walka rozgorzała na dobre. Przy bliższym spotkaniu widać było dziwne wybroczyny na ciele człowieka, czyraki i krosty. Przy każdym ciosie coś się odrywało od skóry przeciwnika a z ran sączyła się krew zmieszana z zielonym śluzem. Wróg padł pod ciosami topora oraz ogniowymi pociskami Raimara. Jednak radość z pokonania przeciwnika nie trwała długo bo z mgły wychynął kolejna istota udająca człowieka.

Kolejne starcie trwało tyle, co pierwsze a jego zakończenie było na szczęście takie same. Przeciwnik padł. Jego wyjątkowa natura budziła wątpliwości co dalej. Część chciała spalić ciało, inni poćwiartować a jeszcze inni zostawić. Ostatecznie postanowiono nie tracić czasu tylko ruszyć na zamek. Mgła się rozwiała i ruiny ukazały się w pełnej krasie. Zamek nosił ślady zniszczenia. O ile z odległości było widać zniszczenia mechaniczne o tyle teraz widać było ślady na kamieniu od magii. Musiały tutaj działać bardzo silne moce gdyż widać było jak kamień ścieka niczym woda albo nadtopił się jak lód. Na górze nic się nie ostało. Resztki ścian, narożników i kupy kamieni zapełniły dziedziniec. Jedyna baszta była zniszczona i wydrążona w środku. Oberwała pociskiem z trebusza gdyż ogromna wyrwa w boku wieży odsłaniała pusty środek budowli. I to właśnie w nim, na pokrytej żwirem podłodze było wejście do podziemi. Jedyne takie na całej powierzchni. Przeszukanie całego dziedzińca nie pozostawiało wątpliwości – było to jedyne zejście na dół. Zatem cel wyprawy był jasny.

W świetle pochodni cienie drużyny tańczyły na kamieniach jak w teatrzyku kukiełkowym. Schody były pokruszone i pokryte rumoszem skalnym. Czasami było widać ślady potężnych ciosów i magicznych działań czarów. Raimar czuł się tutaj nieswojo. Ciągle czuł obecność czegoś innego, co wywołuje niepokój. Podrażniało to jego zmysły ale pamiętał to, co opowiadali traperzy, by nie używać tu magii. Źle kończyli ci, co to robili. Ciekawe czy to spotkało tych, którzy zaatakowali ich na górze. Wyglądali na bogatych podróżników i na ludzi, którymi pewnie niedawno byli. To, co się z nimi stało, będzie chyba na zawsze zaklęte w tych murach. I nikt nie chciał podzielić ich losu. Dlatego używanie magii czy naruszanie czegokolwiek byłoby ostatnią rzeczą, którą tu zrobią.

Schody skończyły się w ogromnej sali o łukowatym sklepieniu. Pomieszczenie było puste i opuszczone. Liczne ślady stóp, pokruszone kamienie i piasek były wszędzie. I… dziwne odgłosy. Dały się słyszeć z rogu pomieszczenia. Tam nie było nic, ale pobieżne sprawdzenie tego miejsca mogło wskazywać na iluzyjną ścianę. Kiedy wychynęła z niej ręka pokryta strupami wszystko stało się jasne. Zza ściany wypadła kolejna istota, której kopie spotkali na górze. Ruszyła na drużynę zaślepiona ogniem i wpatrzona w Gunthara, który stał najbliżej niej. Drużyna zaczęła się wycofywać na schody a gladiator pilnował tyłów. Nie chciał się zbliżać do istoty, ale nie dane było utrzymać takiej sytuacji. Stwór po kilku chwilach bluznął strugą śluzu, która co prawda trafiła na tarczę, ale rozbryzg był solidny i cała chmara kropelek otoczyła postać rosłego mężczyzny. Poszybowały strzały w stronę stwora, ale najwyraźniej niewiele sobie z nich robił. Drużyna już wspinała się po schodach cały czas kontrolując tego, który szedł jej śladem od dołu.

I wtedy wejście na górze przesłonił cień a potem warknięcie. Gunthar tylko jęknął u ruszył do przodu zostawiając Ratta z tyłu. Drużyna teraz zmagała się z wrogiem z dwóch stron, mając pod nogami nierówne schody i mocno niepewne podłoże. Gdy dystans pomiędzy wrogami skrócił się do wyciągnięcia miecza, to łuk Desdemony stał się bezużyteczny. Rozgorzała walka, do której dołączyła jeszcze jedna istota z góry. Starcie trwało zaledwie kilka chwil, podczas których udało się zabić wszystkich przeciwników obrywając zaledwie jedno draśnięcie. Raimar od razu zajął się nim wierząc, że to tylko zwykłe zranienie a nie zapaskudzenie jakąś chorobą.

BasztaTe starcia pokazały, że ciała, choć wyglądające na martwe, budzą się i coś z nimi trzeba zrobić. Gunthar chciał odciąć głowę stworowi ale nie dał rady. Tylko kolejne cząstki tkanek wystrzeliły w górę rozsiewając odór i sam Sigmar wie, co jeszcze. Pozostało tylko spalenie, które mogło dać szansę na zniszczenie ciał. Dlatego zawiązano pętle, zarzucono je na szyję martwych i wyciągnięto za zamek. Gdy udało się ciała zaciągnąć dalej niż miejsce, gdzie było pierwsze starcie, ciała zaczęły niebezpiecznie puchnąć aż wybuchły tworząc wokół chmurę pyłu. Śluz zniknął, z ciała zostały tylko resztki szkieletu i nic nie wskazywało na to, by istota miała wstać. Jak na dziś to było dużo wrażeń dla wszystkich. Postanowiono wrócić pod las i nazbierać dużo drewna a następnie przenieść go pod zamek. Dzięki temu będzie pod ręką pokaźny stos drewna, który można użyć jako stos. Najwyraźniej największy sojusznik ludzkości – ogień – miał po raz kolejny przynieść zwycięstwo.

Noc na skraju lasu była niespokojna. Od ruin było słychać w środku nocy krzyk, który jednak urwał się gwałtownie i po nim zapadła cisza. Na szczęście był o jedyny incydent, który zakłócił odpoczynek. Ranek znów był mglisty ale teraz postanowiono wejść do środka, Max naszkicuje mapkę i zwinąć się jak najszybciej. Zamek, schody i ogromne wnętrze piwnicy winnej były takie, jak je wczoraj zastano. Gunthar wziął teraz kij i badał ściany by sprawdzić, gdzie jest iluzja. Udało znaleźć się dwie odnogi korytarza, które kończyły się ślepo zakończonymi komnatami. W jednej z nich był oktagram ze świecami, które już się prawie wypaliły. Nadal ogniki pełgały ale nie było widać nikogo ani niczego wokół. W głównej sali była też zamaskowana iluzją dziura w ścianie i podłodze, która wyglądała jak rozdarcie w skale. Max dzielnie wszystko zanotował, rozpoczął szkice i w zasadzie można było już wyjść. Na dziedzińcu jeszcze się zastanawiali nad świecami. Ratt chciał je zgasić, inni nie byli przekonani by to robić. Przy braku sprzeciwu Ratt zszedł na dół i zgasił świece i szybko uciekł na górę. Było słychać odległe drżenie w ścianach, które rosło a drżenie się nasiało. Gdy wszyscy byli na górze to drżenie ucichło i wszystko było tak, jak poprzednio. Teraz już nikt nie chciał zejść na dół by sprawdzić czy coś się zmieniło. Wszyscy ale nie Ratt. Ten wyrwał się i zszedł na dół.

Reszta patrzyła na to, ale nikt nie ruszył go powstrzymać. Dopiero jak zamknęło się za nim przejście, to ruszono by coś zrobić. Przejście zamknęło się kompletnie skałą tak trwałą, że nie sposób było to rozbić. Walono pięściami, kopano, uderzano siekierami ale nic to nie dało. Dopiero jak same przejście się otworzyło i wypluło dymiącego Ratta wszyscy odetchnęli.

- Myślałem, że już po mnie…Tam…na dole…coś na mnie czekało…istota z kamienia i ognia…na Morra, chyba przez chwilę widziałem bramy do zaświatów – Ratt jeszcze dymił na skórze, stracił trochę włosów ale żył. Bogowie musieli mieć go w swojej opiece.

Przed opuszczeniem zamku Raimar patrzy na rozwaloną wieżę i czerniejący pod nią kwadrat wejścia.

- Słońce i księżyc wschodzą i zachodzą nad tym miejscem, pory roku przemijają, śmiałkowie przychodzą tu i odchodzą. Pewnego dnia będę gotowy by tu wrócić i zmierzyć się, wyjaśnić tajemnice, rozproszyć iluzję, otworzyć lochy, uwolnić strażników i przegonić tego, który spętany tu wolą czarowników musi służyć im jako niewolnik. Słyszysz mnie, demonie? – Raimar patrzył z zaciętością na twarzy. – Wyglądasz tu z ciemności tych podziemi przez dekady, uwiązany na łańcuchach, lecz twoje dni zostały właśnie policzone. Poznam twoje imię i odeślę cię do pustki skąd przybyłeś.

Gunthar słuchał tego z uwagą a gdy Raimar skończył to rzekł:

- Mądrze mówiłeś guślarzu, aż do momentu kiedy zacząłeś gadać o powrocie i stawianiu czoła zamkowi. Jeśli kiedyś uznasz, że jesteś gotów, to będzie oznaczało, że straciłeś rozsądek a nie, że jesteś gotów.

- Uciekać można całe życie aż do śmierci. Czy przybyłeś tutaj walczyć a może uznałeś, że jednak chcesz uciekać i uciekać. Uciekać, bo twoje ramię było za słabe a tarcza za mała? Dlaczego było za słabe? Może twój czas jeszcze nie nadszedł. Jeśli będziesz uciekać to on nigdy nie nadejdzie. Wiem, że jeśli ja nie będę na coś takiego gotowy, to równie dobrze mogę zaniechać poszukiwań łzy księżyca już teraz. Będzie to oznaczać, że już przegrałem. I wiem, że pewnym sprawom człowiek nie może sprostać – śmierci, czasowi oraz bogom. Jednak może zmierzyć się z każdym wytworem człowieka. To miejsce stworzyli ludzie i ludzie je zniszczyli. Ludzie przywlekli tu demona.

Reszta jeszcze się oglądała na innych czy idą i słuchała tego, co mówi Raimar.

- Spójrz na siebie Guntharze, dotarłeś aż tutaj. Walczyłeś na dole, przeżyłeś i wygrałeś. Żyjesz. Dlaczego mi nie wierzysz, kiedy mówię, że tu kiedyś wrócę? Nie widzisz, że czas biegnie i powoli osłabia magię tego miejsca a jego kres został już osądzony. Przyjdę tu jako śmierć tego miejsca.

Człowiek odszedł zostawiając resztę w tyle.

Ratt odprowadził wzrokiem Raimara potrząsając głową i nie dowierzając w potok słów, które przed chwilą wypłynęły z jego ust.

- Oby Elza miała jakiś syrop na kaszel – kaszlnął ochryple i ruszył za magiem. Kaszel przyplątał się do niego od czasu walki z istotami i nie wygląda by była to tylko chrypka przeziębieniowa.

Desdemona pokiwała tylko głową.

- Wrócimy tu – po czym dodała – po tym, jak się dowiemy, co to za magia, skąd pochodzi i co ją podtrzymuje. Po tym, jak podobne stwory przestaną być dla nas zagadką i śmiertelnym zagrożeniem. Jak nauczymy się, czym są i z czego się składają. Jak będziemy nad nimi mogli zapanować albo, jeśli będzie taka potrzeba, zniszczyć.

Gunthar wzrusza ramionami.

- Chcecie wrócić, to wrócimy. Mam nadzieję, że do tego czasu będziemy wiedzieli więcej. Jeśli demon jest częścią zamku, częścią samych murów, to ja tu nic nie zdziałam. Walka z czymś, co nie ma twarzy, nie ma ciała i nie ginie – to nie jest to, co lubię najbardziej. Ale jeśli będą jacyś pomagierzy, to chętnie przeciw nim stanę.

Po kilkunastu krokach mgły znów zasnuły ruiny a mleczny opar skrył okoliczne wzgórza Kolsa.

Comments

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.