Gniew Bogów

21 Nachgeheim 2544 Talabheim-Strum

21N2544

“Dudnienie było tak silne, że aż drżały drobne listki brzóz rosnące na skraju lasu. Kiedy stało się jasne, co jest powodem owego dudnienia, było już za późno. Cały zagon zwierzoludzi wypadł zza drzew i niewielkiego wzniesienia będącego po lewej stronie drogi. Parli do przodu nie zważając na drzewa, ludzi i wozy. Wbili się w sam środek karawany niszcząc, zabijając i kalecząc. Ich furia była nieokiełznana, ich złość nieposkromiona a wściekłości na pyskach nie skrywała nawet biała piana. Kwik koni, krzyki ludzi i trzaski pękających burt wozowych mieszały się z rykami bestii i odgłosami dalekich rogów. Życie od śmierci dzieliła tylko cienka granica włóczni lub miecza, a że była to krucha granica, przekonało się wielu, którzy padli pod ciosami maczug i pałek. Las nie raz widział podobne sceny i pewnie nie raz jeszcze zobaczy. Krew wypiły mchy, ciała rozebrały mrówki a metalowe resztki zabrane zostały przez zbieraczy złomu. Tych, którzy przeżyli bestie zaciągnęły do lasu. Miano o nich już więcej nie usłyszeć, jednak stało się inaczej. "

Gniew Bogów
Strona 3

1
Droga do Talagaadu prowadziła brukowanym traktem schodzącym do samego Talabeku. Padał lekki deszcz, ale był on miłą odmianą po ponad godzinnym przejściu przez Drogę Maga pod samym Taalbastionem. Zatłoczone wyjście z Talabheim nie było niczym niezwykłym, ale zawsze zostawia wrażenie zbrukania. Niektórym z grupy to nie przeszkadzało, ale dla Desdemony nie była to komfortowa sytuacja. Z ulgą przywitała światło słoneczne i względną ciszę, nie zakłócaną echem pokrzykiwań woźniców, rżenia koni, płaczu dzieci oraz stukotem kół. Szła teraz w stronę portu z całą masą ludzi, którzy rozlali się szeroką rzeką spływającą do portowej części największego miasta Imperium na wschód od Altdrofu.
Wyjście z Talabheim- Przejdziemy obok murów i ruszymy traktem talabheńskim na wschód. Nie będziemy wchodzić do miasta tylko od razu ruszymy w stronę opactwa – powiedział Gunthar, rosły osobnik o zaciętym wyrazie twarzy. Liczne blizny nie zostawiały wątpliwości o jego przeszłości, która do spokojnych nie należała.
- To będziemy mieć ze trzy dni drogi do Kusel – odparła dziewczyna. Jedyna w tej grupie, choć nie narzekała na ten stan. Ci ludzie byli ważni dla każdego z nich i dla siebie samych więc przyjmowała to wszystko jako dopust boski, ktokolwiek teraz władał sterami ich życia. Była studentką i w historii upatrywała swoją siłę. Wiedziała dobrze, że przyszłość nie kształtuje teraźniejszość ale właśnie przeszłość. A idąc dalej i cytując jej ulubionego filozofa z Nuln Georga Owella, mogła powiedzieć, że kto włada przeszłością, ten kontroluje przyszłość.
- Mamy żarcie, jesteśmy wypoczęci to możemy ruszać. Im szybciej ruszymy tym wcześniej będziemy na miejscu – rzucił Ratt, który z miną cwaniaczka patrzył na wszystko i wszystkich z góry. Nie pierwszy raz ruszał na taką wyprawę ale pierwszy raz robił to nie z chęci zysku tylko ciekawości przyszłości której nawet nie zna, ale którą widział w snach i rozmowach z towarzyszami. Miał zginąć, ale tak się nie stało. Przeżył, bo ktoś lub coś miało w stosunku do niego inne zamiary. Nie chciał sprawdzać czy to się kiedykolwiek powtórzy tylko zbadać te zamiary i zdobyć to, czego nie wykopał do tej pory z żadnego grobowca.
- Spoko, chodźmy – wzruszył tylko ramionami Raimar. Poprawił kurtkę ze stalowymi naszywkami pochodzącymi z resztki pancerzy, sprawdził czy stara i zardzewiała szabla nadal trzyma się za pasem i ruszył drogą nie czekając na nikogo. Odstawał od reszty bo i nie czuł z nimi takiej wspólnoty jak by należało sądzić. Za dużo rozmyślał o innych rzeczach by przejmować się innymi choć nie ukrywał, że ich wspólny cel jest bardzo intrygujący.
I tylko Max, będący akademickim kartografem, nie odezwał się słowem bo i tak wszystko zostało powiedziane. On już układał sobie w głowie to, co go czeka. Poszukiwania, które połączyły ich w tą dziwną grupę, będą wymagać nie tylko współdziałania, ale również wiedzy. Tego oczekiwał, ale i obawiał się. Zapowiadało się, że legendarne Łzy Księżyca nie będą ani łatwe do znalezienia ani w połowie tak cudowne, jak opisują to legendy. Ich znalezienie stało ponad wszystkim ale z racji swojej wiedzy wiedział, że droga do nich będzie bardzo, bardzo długa i kamienista.
Ruiny opactwa StrumPierwszy cel grupy to niewielkie ruiny opactwa Strum leżące kilka dni drogi na wschód od Talabheim. Dzięki pójściu do nich, narysowaniu mapy i zbadaniu, biblioteka będzie mogła udostępnić swoje zbiory danych od jednego wschodu słońca do drugiego. Max czuł że to wiele ale jednocześnie za krótko. Na szczęście potrzeby biblioteki nie kończyły się li tylko na mapie ruin więc istniała szansa, że uda się znaleźć coś interesującego.
Wybrali się w drogę kilka dni po przesileniu jesiennym, gdy imperialny Nachgeheim rozbłyskiwał wszystkimi kolorami natury z pół i lasów. Zielonkawe wody Talabeku płynęły ze wschodu przynosząc orzeźwienie z dalekich krain. Wyprawa do ruin opactwa nie przestawiała sobą żadnej trudności. Miejsce od czasów Wielkiej Wojny było opuszczone i nikt poza zbłąkanymi podróżnymi, strażnikami drogowymi oraz sporadycznie banitami nie gościli tam na długo. Opactwo należało do sióstr Shally, ale wszelkie sacrum oraz cenne rzeczy zostały stamtąd zabrane i przechowywane są w stolicy prowincji – Kusel. To tam kierował trakt i tam grupa ma znaleźć resztę potrzebnych informacji o Strum.
Pierwszy nocleg wypadł w zajeździe “Talabek”, który jednocześnie obsługiwał przystań portową. Dlatego w środku było sporo żeglarzy choć i zwykłych, drogowych, podróżnych nie brakowało. Udało się tu zjeść smażoną i marynowaną w occie troć, która bardzo zasmakowała Rattowi.
- Gdyby można było to kilka dzbanów byśmy wzięli ze sobą. Rybka paluszki lizać – rzekł popijając cienkim, pszenicznym piwem.
- Przynajmniej to nie kasza – Desdemona również przyznawała, że ryba była nad wyraz dobra. – I noc można spokojnie przespać.
- Czyli jaśnie państwo w pokoju a reszta dobrych ludzi w dormitorium, tak? – spytał Raimar choć było to raczej pytanie retoryczne.
- Tylko nie jaśnie pan, bo będę prał po pyskach – Max zawsze obruszał się jak tytułowano go w ten sposób. A wynikało to tylko dlatego, że miał pokoik w rzemieślniczej dzielnicy Talabheim, a nie wynajmował pokój i to czyniło z niego wielkiego pana. Nie miał ani tytułu ani rodziny by być prawdziwym szlachcicem. Kiedyś słyszał, że książę różni się od innych tym, że nie ma osranej szaty, ale to jeszcze nie czyni nikogo wysoko urodzonym.
- Właśnie – potwierdziła Desdemona. – Max może spać z innymi, mnie się nie godzi. Poza tym trzeba pilnować dobytku, a w sali będzie ciężko.
- To chodźmy, zajmijmy jakieś dobre miejsce ze suchą słomą – Gunthar wstał i ruszył na schody.
W środku nie było może za świeżo ale dało znaleźć się suchy kąt, z dala od wiadra z nieczystościami i kilku podejrzanych wilgotnych plam przy ścianach. Na szczęście noc minęła spokojnie i kolejny dzień można było spędzić na orzeźwiającym marszu na wschód.
Taalbastion był tak wysoki, że w dzielnicy Talabheim położonej najbardziej na zachód już popołudniem robił się wieczór. Był też tak wielki, że dopiero pod koniec drugiego dnia wyszli z jego północnego cienia i mogli poczuć się jakby minęli miasto. Kolejny nocleg wypadł w zajeździe przy wiosce Sprotau. Miał już bardziej wiejski wystrój i przaśnego karczmarza.
Kamienny gołąbek- Witajcie w zajeździe “Leśny” podróżnicy. Co potrzeba? Jedzenia? Picia? Pokoju?
- Pokoju dla mnie i dla damy – Max już miał to przećwiczone – oraz dormitorium dla reszty. I coś na ząb bo cały dzień w drodze.
- To może wędzonego węgorza? To nasza specjalność i jeszcze go zostało – karczmarz szczerze uśmiechnął się odsłaniając poczerniałe pieńki po zębach.
- Dobrze, niech będzie węgorz…
- Ale, ale karczmarzu – wtrącił się Ratt – skąd u was węgorze. Toż one w rzece nie pływają?
- To prawda, ale mamy tu jeziorka i mamy inne ryby niż w rzece. Mamy tu nawet swoje święto węgorza a za miesiąc święto piwa. Jesień dała dobre zbiory to i chmielu sporo, naważone piwo czeka na rozpicie a dobra wszelakie trza opić przed zimą by wystarczyły jak najdłużej.
- Słusznie prawicie. A to święto to zawsze macie?
- Piwa? Zawsze. Są zawody w jedzeniu i piciu, siłowanie się, rzucanie podkowami i inne atrakcje – tu karczmarz mrugnął porozumiewawczo okiem w stronę Ratta.
- Drużynko – rzucił chłopak w stronę pozostałych towarzyszy – trzeba tu zawitać za miesiąc. Nie możemy przepuścić takich atrakcji.
I ta noc minęła spokojnie. Ranek wstał słoneczny i zachęcał do dalszej wędrówki. Posileni węgorzem podróżni ruszyli w stronę Kusel.
Po całym dniu chodzenia po brukowanym, imperialnym trakcie, przed grupą pojawiły się wieże stolicy prowincji Talabeklandu – Kusel. Wysoki mur bronił miasto przed nieprzyjacielem choć obecnie raczej przed tymi, którzy chcieli wejść do środka bez płacenia podatku. Straż na bramach pilnie przestrzegała porządku i każdy, kto wchodził musiał zapłacić srebrnego szylinga za każdą nogę.
Kariatyda- To może rozdzielimy się – Gunthar w otoczeniu tylu ludzi czuł się nieswojo. – Ja, Max i Desdemona ruszymy do środka by dowiedzieć się czegoś więcej o ruinach. Reszta niech popyta tutaj i spotkamy się jutro tutaj, pod murami.
- Dobra – Ratt ochoczo przytaknął. – Ciury pod obozem a paniska na salony.
I jak zdecydowali tak zrobili. Trójka w mieście udała się do karczmy by zasięgnąć języka, w szczególności zaś popytać strażników czy w ruinach jest bezpiecznie. Wizyta zarówno w “Leśnym” jak i “U Witolda” potwierdziła tylko to, co już wiedziano. Ruiny były spokojne. Rok temu została tam rozbita banda banitów, ale ich wyłapano i zakuto w kajdany przed wysłaniem do Middenheim. Poza tym tylko wiatr hula pomiędzy krzewami zarastającymi ruiny i echo lasu odpowiada w ocalałych podziemiach.
Tymczasem po drugiej stronie murów, u wędrownego sprzedawcy alkoholi Witka, pozostała dwójka zbierała informacje. A że to proces męczący, czasochłonny i kosztowny, to i skończył się późno nad ranem, gdy już ostatnia mieszanka okowity z wodą znalazła drogę do żołądka. Proces ten zmęczył tak obu chłopa, że Gunthar ledwo ich znalazł a potem zagonił do drogi w stronę ruin. W mieście, poza wypytaniem strażników i głównego łowczego, odwiedzono również świątynię Shally. Tutaj dowiedziano się, że w podziemiach jest chyba jakiś rodzaj pleśni, bo kilku ludzi wraca stamtąd i są dotkliwie poparzeni. Jak zeznaje jeden z nich, jak tylko podszedł w stronę kolumny w podziemiach to zaraz poczuł ból, kłujący i promieniujący momentalnie na całe ciało. Oglądane rany faktycznie wskazywały na obecność czegoś żrącego i silnie działającego na skórę. Nic więcej nie udało się już ustalić, ale i chyba nie było niczego więcej. Wiedza o pleśni była na tyle cenna, że teraz grupa będzie ostrożnie schodzić do podziemi.
- No i? – rzucił Ratt w stronę Gunthara. – Udało się nam ustalić to, co wam choć nie płaciliśmy za wejście do środka. I za pyszne jadełko, którym się obżarliście.
- To tylko uwiarygadnia zebrane dane – powiedział Max. – Potwierdza to, że w podziemiach nie ma nikogo i że jest pleśń na którą musimy uważać. A kaczka była bardzo dobra…
- No ja myślę – cicho dodał rabuś po czym zebrało mu się na wymioty na samą myśl o jedzeniu.
Droga do podziemi nie była szczególnie uciążliwa. Aż do bocznej drogi na Strum szło się dobrze i po dobrej nawierzchni. Dopiero zejście z uczęszczanego szlaku na zarośnięty, rozpadający się i w dodatku zawalony starymi drzewami dukt spowodowało, że tempo marszu spadło. Wóz by tędy nie przejechał i tylko piechotą lub konno dało by się przejechać dalej. Dawniej to dobra droga była. Teraz stałą się zaledwie cieniem swojej dawnej świetności. Tylko wydeptana przez środek ścieżka prowadząca wzdłuż traktu wskazywała, że ktoś jeszcze z niej korzysta. Ślady wskazywały na pieszych, zwierzynę oraz konnych i choć nie były liczne to jednak były. Zatem to miejsce do końca nie było opuszczone.
Mozaika z gołębiemWreszcie późnym popołudniem grupa doszła do końca drogi. Wychodziła ona na polanę, która obecnie zarosła krzakami, wysoką trawą oraz chwastami. Pomiędzy nimi było widać resztki kamiennym fundamentów i ścian, ale nie wyższych niż do połowy łydki. Jedynie wejście do podziemi miało jeszcze dość wyraźne wejście odcinające się od zielonych plam trawy i zarośli. Z czarnego otworu czuć było ziemią oraz lekkim swądkiem spalenizny.
- To tutaj. Nie wygląda imponująca – powiedziała Desdemona, odkładając na ziemię plecak i siadając na chwilę by odpocząć.
- Kiedyś było to dość pokaźne opactwo, leczące chorych na choroby zakaźne. Trakt do Kusel był bardziej uczęszczany, szczególnie że mogły tu przyjeżdżać rodziny w odwiedziny do chorych oraz wszelkiej maści doktorzy czy kapłanki z miasta – Max już chodził wokół i patrzył na stare fundamenty. – Podczas Wielkiej Wojny był tu szpital polowy, ale horda zwierzoludzi zrównała to miejsce z ziemią. III regiment z Talabheimu wyzwolił to miejsce, ale już wtedy nikt nie chciał tu wracać.
- I nic dziwnego – mruknął Ratt – daleko od miasta, wszystko w ruinie. Kto by chciał tu być.
- Dobra, to co robimy? – Gunthar najwyraźniej był gotowy do działania.
- To może tak – Max zostaje na górze i zaczyna rysować to, co trzeba by zadowolić bibliotekę. Reszta na dół. Tam poszukamy miejsca na nocleg i się trochę rozejrzymy. Na jutro odłożymy pełne przeszukanie tego miejsca.
Wszyscy pokiwali głowami na znak zgody. Oficjalnie przybyli do nieistniejącego Strum.
Kolejne dni, a zebrało się ich ponad pięć, to odkrywanie resztek ruin i tego, co jest pod nimi. Podziemia nie posiadały rozległej sieci korytarzy a wszystkie one zbiegały się w głównym pomieszczeniu z kolumną. Kolumną tą była kariatyda przedstawiająca kapłankę Shally i sięgała od sufitu aż po kamienną podłogę. I to właśnie zaraz za nią, przy wylocie jednego z korytarzy dało się zauważyć pleśń. Gunthar, z narażeniem życia, opatulony od stóp do głów materiałem ochronnym, wchodził w żrącą chmurę by sprawdzić, jak szybko rozchodzi się działanie pleśni i czy faktycznie działa ona tak, jak opisywała to ofiara. Przekonał się o tym na własnym łokciu, który bolał i nie goił się bardzo długo. Dopiero maść Raimara zabliźniła ranę.
Postanowiono spalić te plugastwo. Podobna do mchu pleśń nie dawała się. Wypalała się tam, gdzie spadł na nią ogień, ale nie paliła się dalej. I tak, nawet w miejscach wypalonych, trzeba było użyć dużo paliwa by usunąć zabójczą roślinę. W okolicy wyzbierano drewno, a przedłużający się pobyt pochłaniał racje żywności i wodę. Na szczęście tą ostatnią udało się uzupełnić z niewielkiego strumyka w lesie, co po kilku dniach stało się błogosławieństwem. Bo to właśnie woda spowodowała, że pleśń zaczęła rozpuszczać się w zielonkawą breję i przestawała być groźna. Zlano wszystkie ściany i sufit by nie było choć skrawka tego zielonego porostu. Udało się i dzięki temu można było wejść do dalszej części kompleksu.
Poza salą z kolumną była jeszcze sala z mozaiką na podłodze tworzącą lecącego gołębia. Na ścianach, gdzieniegdzie, widać było kamienne gołąbki ale były to jedyne zostawione oznaki, że kiedyś była tu świątynia Shally. Max wszystko to uwiecznił na mapie dzięki której będzie okazja do przeszperania biblioteki.
- To co dalej? – Desdemona najwyraźniej nie była pocieszona, że nie udało się w tym miejscu znaleźć niczego cennego.
- Musimy uzupełnić zasoby, to pewne – odpowiedział rosły mężczyzna.
- A potem może do zamku?
- Do zamku? – Max oderwał głowę znad ostatniego już fragmentu mapy. – Z przekazanych nam danych wygląda to na najtrudniejsze zadanie jakie nas czeka. Nie dowiadywaliśmy się o tym miejscu niczego a skoro w takim bezpiecznym czekało nas to żrące cholerstwo to co będzie czekać nas tam?
- Dowiemy się. Jak zawsze… – Ratt był najwyraźniej ucieszony i już widział siebie, jak wchodzi do zamku i patrzy na zachodzące słońce. – Idziemy?

Comments

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.