Gniew Bogów

22 Ernzeit 2544 Kusel - Teupitz

22E2544

“Ludzka niedola jest tak przeraźliwie żałosna, że czasami brak słów by opisać człowieka, który taką niedolę cierpi. Zła wola, zniewolenie i okrutne traktowanie – to powoduje upodlenie człowieka. Zwierzoludzie uczynili to ludziom. Z premedytacją. I to było okrutne.”

Gniew Bogów, strona 8

Kolejne dni to powrót do Dreetz i wyścig z chorobą, która mogła rozwijać się w ciałach Gunthara i Ratta. Nikt nie nastawał na drużynę, nikt jej nie ścigał a wzgórza Kolsa zostały za mgłą i nie chciały z niej wyjść. Po przyjściu do wioski od razu udano się do Elzy. Ta popatrzyła na rany, spojrzała w gardło, pocmokała i rozwiała wątpliwości odnośnie zgnilizny Nurgla. Nie było to na szczęście to, na co jeszcze imperialni medycy nie znaleźli lekarstwa, ale zaraza Nurgla. Tą na szczęście udało jakoś okiełznać i Elza gotowa była by to zrobić. Kosztowało to 8 złotych koron i kilka dni odpoczynku oraz przyjmowania lekarstw.

Grupa zdecydowała, że Ratt i Gunthar muszą zostać i się wyleczyć, a reszta ruszy na zachód, w stronę Teupitz. Wszyscy zapewniają, że droga na zachód jest bezpieczna więc topór gladiatora nie musiał być użyty. Droga wiedzie przez pola, które przechodzą w ugory a potem w zarośnięte łąki. Cała okolica opiera się na rolnictwie, wycince drewna i zbieractwie. Nie jest tu bogato, ale przynajmniej spokojnie. Dreetz jest takim przykładem sioła, które co prawda ma dość niepokojące sąsiedztwo, ale jeśli nikt nie wtyka nosa w nie swoje sprawy to żyje długo i spokojnie. Wydaje się, że Elza jest osobą, która tu nie pasuje, bo chadza tam, gdzie nikt nie chodzi. To, co opowiadała o zamku, wychodzi daleko poza tym, co wiedzą zwykli chłopi. Mag obiecał, że tu jeszcze wróci. Za dużo tu tajemnic by można było to tak zwyczajnie pominąć.

Dzień i podróż mijają spokojnie i trójka podróżnych staje wieczorem w Uckrofurt. Wioska jest malutka – raptem kilka chałup, ze trzy chlewiki, parę obórek i żuraw na głównym placu wioskowym. Psy się rozszczekały jak tylko podeszli na kilkanaście metrów od pierwszych zabudowań. Gdzieniegdzie widać palącą się lampę w oknie, ale o tej porze wioska najwyraźniej już zaczynała spać. Jedynie na placyku widać było strażnika, który stał przy studni i patrzył się na wylot drogi z wioski. Raiman powitał strażnika rozglądając się po wsi starając się zaczepić wzrok na czymś ciekawym.

- Powitać podróżnych – mruknął strażnik. – Tędy na południe – machnął ręką w stronę rzeki – do Wiedebach. Spokojnie i przez rzekę Uckro brodem da się przejść. Tędy do Teupitz – znów wskazał na wylotową drogę w stronę zachodnią – wzdłuż Uckro. Ze dwa dni drogi będzie. Przez las. Podobno włóczy się tamtędy jakaś banda. Dwa dni temu napadli na podróżnego i zabrali mu dobra, a cztery dni temu napadli na dyliżans zabierając całe złoto i kosztowności. Czekamy na ludzi z miasta coby przetarli szlak i zrobili porządek. Stoję tu i wypatruję, ale jeszcze nie widziałem. Dziś poza wami nikt nie przychodził ze wschodu. Może przyjdą z zachodu, od Teupitz. Trza czekać…
- Dziękujemy za ostrzeżenie Nie można jakoś tej bandy obejść przez las? Albo może za jakimś patrolem się wybrać?
- Obejść to nie wiem. Nie wiadomo, gdzie siedzą i nie wiadomo, czy się na nich nie wpadnie. Ci napadnięci byli na drodze, ale nie wiadomo, czy las jest bezpieczny. Mówią, że było ich sześciu, ale słyszano głosy większej liczby opryszków. Nie wiadomo. Przyjdzie straż to zrobi porządek. Nie wiadomo czy jest za nich nagroda, nie wiadomo nawet kto to jest – strażnik przestąpił z nogi na nogę.
- Na patrol czekam. Nie wiem skąd przyjdzie – czy od zachodu czy ze wschodu. Trzeba czekać.
Des przysłuchiwała się tej rozmowie i wreszcie sama postanowiła się wtrącić
- A komu został zgłoszony ten problem i skąd wiadomo, że ktoś ma w ogóle przyjść?
- Ten ostatni, którego napadnięto, wrócił do wioski i stąd udał się z jednym ze strażników drogowych do Talabheim lub do strażnicy pod Taalgaadu. Konno więc powinni już tam być. A zazwyczaj władza nie zostawia tego tak i zawsze reaguje, gdy jakieś oprychy godzą w podróżnych.
- A gdzieś przenocować można tu? – spytał mag, nadal nie mogąc znaleźć niczego ciekawego w okolicy.
- To po chałupach popytać trzeba. Zwykle ludzie nocują pode wioską bo tu nie ma specjalnie miejsca.
I udało znaleźć się kawałek sąsieka w stodółce, życzliwego wójta i spokój, którego tak brakowało przez ostatnie dni. Nikt nie składał krwawych ofiar, nikt nie wołał na duchy i tylko chrapanie Raimara było słyszalne w obejściu. Ranek wstaje lekko deszczowy, ale stodółka jest zadaszona i możecie podziwiać deszcz z suchą głową. Koło południa do wioski dociera trzech konnych i jeden wóz. Wóz należy chyba do jakiegoś kupca zaś konni to strażnicy drogowi. Dobrze uzbrojeni i widać gotowi do działania. Rozmawiają ze strażnikiem, który pobudzony coś tam im klaruje. Kupiec z wozem ma kilku pomocników i widać, że oni też będą szykować się do przejazdu.
Raimar i Des zbliżyli się na tyle, by móc przysłuchać się tej rozmowie, jednak jak podeszli to rozmowa dość szybko się kończy. Ale nie dlatego, że zostali zauważoni ale strażnik wyczerpał temat. Ostatnie co udało się usłyszeć, to stwierdzenie, że poza wami – tu strażnik pokazuje ręką na trójkę podróżnych – nie było to nikogo a od strony zachodniej to już zupełnie nikogo.
Strażnicy zwracają się w stronę maga:
- Skąd przybyliście do tej wioski?
- Z Dreetz. A panowie kim są? – spytała zaczepnie Des.
- Strażnicy drogowi. Jedziemy z Kusel bo dostaliśmy cynk, że tu jakieś zbiry chaszczujom. To my ich wywabimy. Z cesarskimi nie zadrą. A mamy do pomocy tego jegomościa, co chce przejechać a i drużynkę ma niemałą to i pomoże – ręką wskazał ma wóz i łysiejącego kupca otoczonego przez swoich pomagierów.
- A nie martwicie się, że jak taką gromadę zbrojną zobaczą, to się w chaszczach przyczają i ich nie znajdziecie?
- Sprawdzimy tropy, pójdziemy śladami. Wytropimy dziadów. Za nami jest jeszcze oddział pieszy więc oni zrobią porządek z nimi jak będą się stawiać. Niech się panienka nie boi. Bandyci byli, som i bedom ale my zawsze z nimi krótko i na temat. Krwi napsują, ale zawisną. Tutaj nie zdarza się to często ale czasami któremuś odbije…
- To co mamy zrobić? – spytał mag. – Wybieraliśmy się tą drogą właśnie a śpieszy nam się trochę
- To możecie iść z nami. Jutro z rana ruszamy – zerknął kątem oka na kupca, który ciekawie przygląda się wszystkiemu, w tym Des.
Ta zaś uśmiecha się do oficera zalotnie i mówi:
- Panie strażniku, za dwa dni wieczorem dołączą do nas dwaj waleczni druhowie, tropiciele, którzy z nie jedynymi rabusiami dawali już sobie radę, jak zechcą Panowie zaczekać, to będziemy mogli znacząco wspomóc Panów w walce z opryszkami.
Strażnik spojrzał na dziewczynę, spojrzał w jej oczy i proszące spojrzenie a także na towarzyszy, którzy nie stanowili dla nikogo zagrożenia. Patrzył długo na Des po czym odsunął się i zaczął cicho rozmawiać z innymi strażnikami. Nie trwało to długo. Wrócił do dwójki rozmówców i powiedział:
- Dobra, poczekamy. Przyjdą nasi kompani to większą grupą wejdziemy i skopiemy tyłki.
- Hola, hola, panie strażniku – wtrącił się kupiec do rozmowy. – Ja tu mam towar i tam na niego czekają. Ja nie mogę czekać.
- Panie kochany, za kilka dni będą nasi chłopaki, to nikt nam nie podskoczy. Dwa dni nie są warte życia.
- Ale pan mi obiecał – widać, że kupiec się gotuje.Kupiec
- Cóż…. – spojrzał na Des i uśmiechnął się nerwowo. – Pojawiły się nowe okoliczności…
- Ja wam dam okoliczności – kupiec zacisnął pięści i i pogroził wszystkim jedną z nich. – Ja jadę. Biorę swoich chłopaków i spieprzam stąd. Skoro łajza żołnierz poleciał na dupę…
Strażnik przyłożył kupcowi pięścią w twarz czym powalił go na ziemię. Już nie był zmieszany.
- My tu grzecznie a pan szanowny do nas z gębą. Teraz pan przeprosi panią a potem niech pan spieprza w podskokach. Chciałem po dobroci, ale widać się nie da. To jak?
Kupiec zaczął gramolić się z ziemi. Jego ludzie dobyli już pistolety i wycelowali we wszystkich zgromadzonych. Mężczyzna wstał, potarł czerwoną szczękę i rękawem wytarł krew lejącą się z nosa.
- Pani wybaczy – skłonił się lekko ale Des dostrzegła w jego oczach gniew i złość. I chęć rewanżu. Widać było po nim, że to nie jest gość, który odpuszcza. Mimo to odwrócił się i odszedł. Krzyknął do swoich by nie rozchodzili się i szykowali do drogi. Deszcz przestał padać i w milczeniu wszyscy czekali aż wóz odjedzie. Kupiec jeszcze tylko rzucił ostatnie spojrzenie z wozu
- To teraz w spokoju poczekamy – strażnik rzucił, gdy już wóz wjechał do lasu. – Teraz przepraszamy, bo my z drogi a, za przeproszeniem, żyć odbita to końskiego karku.
I odszedł.
- To ciekawe czy dadzą radę? – rzuciła pytanie Des, gdy już wszyscy zasiedli w stodole.
- Logika podpowiada że ilu by ich nie było to ty ani Max nie jesteście wojownikami, teoretycznie ja mógłbym coś zdziałać ale czy jest sens się narażać ? Chyba że kupiec pomoże potem nam…
- A kto mówi o atakowaniu ich? Ja się raczej spodziewam zasadzki z ich strony.
- Oni idą w piątkę do lasu by dostać w dupę, ale co my możemy zrobić?
- Nic, a czemu mamy działać w ich obronie? Jak nie chcą czekać, to niech idą. My czekamy razem ze strażnikami na Ratta i Gunthara, potem ruszamy całą grupą. Jak dobrze pójdzie, to znajdziemy zwłoki kupca, a potem pomożemy strażnikom rozprawić się z bandytami, zgarniemy łup i nagrodę za bandytów. No dobra, pewnie będą nici z nagrody i łupu, ale przynajmniej przejedziemy cało.
- No jakby nie było jesteśmy tylko po mapy a nie po banitów. Nie mamy siły bojowej.
Jakiż to ból myśleć że cała nasza walcząca elita zległa w zapluskwionych lożach starej wiedźmy lecząc się ze zgnilizny Nurgla.

I tak mijają dwa dni we wiosce. Tymczasem u Gunthara i Ratta wszystko w porządku. Zdrowieją, piją rano i wieczorem coś tak obrzydliwego, że musiało to być zrobione ze szczura i zmielone z gniazdem karaluchów. Na szczęście kaszel Ratta zanika i nie widać objawów by choroba miała zaatakować. Staruszka wieczorem dała ostatnią dawkę leku i powiedziała, że rano możecie ruszać dalej. Tymczasem dzień drogi dalej na zachód Des tłumaczy strażnikom, że jeszcze dzień i chłopaki dotrą. Faktycznie tak się staje następnego dnia, kiedy to wyleczenie towarzysze dochodzą do wsi, tak samo jak pieszy oddział strażników, którzy zwarci i gotowi zdecydowanie wzmacniają siły przeciwko bandytom.
Następnego dnia wszyscy ruszają w las, na zachód, w stronę Teupitz. Strażnicy idą szeroką tyralierą, często wędrując przez las i wypatrując śladów. Drużyna idzie swobodnie drogą i wie, że przed nią i za nią są czujni strażnicy. Cały dzień zszedł na taką podróż i nikt nie został zaatakowany. Odnaleziono jakieś tropy, ale dopiero w nocy zaplanowano na zajęcie się tym. Wieczorem rozbito obóz, rozpalono ognisko a strażnicy zaczęli szykować się do nocnej wyprawy. Ruszyli głęboką ciemnicą, kiedy gwiazdy nie błyszczały a wrócili nad ranem, gdy mgły zaczęły snuć się między drzewami. Nie znaleziono bandytów, choć ich ślady jak najbardziej. Odeszli gdzieś w las trzeba będzie ich znaleźć później. Następnego dnia droga do Teupitz nie przyniosła niespodzianek i można było wreszcie zatrzymać się w czymś bardziej cywilizowanym niż stodoła.
Teupitz to trochę większa wioska niż Dreetz ale za to posiadająca karczmę z miejscami, gdzie można zanocować. Stąd wędruje się na zachód, wprost nad Talarek, gdzie traktem talabheimskim można dotrzeć do wolnego miasta. Zajazd „Trupitz” nie był czymś wyszukanym, ale o niebo lepsze niż stodoła czy runo leśne. Od zewnątrz nie wyglądał imponująco ale zapach kaszy i skwarek był bardzo miły.
Do kamiennego cmentarza zostało niecałe pół dnia drogi. Wszystkie informacje o tym miejscu, które były dostępne w Talabheim, potwierdziły się. Każdy przestrzegał przed tym miejscem i każdy mówił, że tam przebywają duchy. Czasami przychodzą tam kapłani Morra z Talabheim, odprawiają modły i wychodzą zostawiając to miejsce na pastwę natury i ludzi. Na szczęście duchy, które tam przebywają skutecznie bronią tego miejsca. Drużyny to nie odstraszyło, ale równie ważna rzecz, którą trzeba było tu załatwić to spotkanie z Sigmurem. Tego byłego cyrkowca polecała Elza, szczególnie, że ma on znać wiele legend, opowieści i podań. Udało się go spotkać wieczorem, gdy przyszedł się napić. Wyglądał staro, z rozciągniętą skórą na twarzy, z siwymi włosami i łysinką na czubku czaszki. Przywitał się, pociągnął z glinianej butelki i zasiadł przy jednym stole. Sigmur
Oczywiście spytany o cmentarz powiedział to, co inni – tam nikt nie chodzi jeśli nie musi. Tam widziano duchy, tam coś straszy i choć nie słyszało się o tym, by ktoś tam zginął, ale na pewno solidnie się przestraszył. Jednak znacznie ciekawsze było to, co opowiedział o łzach. Przytoczył trzy historie ze swojego życia, gdzie słyszał o łzach i które będzie można wykorzystać.
Pierwsza, najbliżej stąd, na południe przy rzece w wielkim mieście się działa. Istnieje tam studnia, która dawała wielką siłę, kto do niej wpadł i zasłużył. Nie każdy został siłą obdarowany – jedynie dzieci, które przypadkowo tam powpadały i sporadycznie dorośli. Mówi się, że to przez klątwę, która ciąży na studni, gdzie spoczywa łza księżyca. Otóż dawno temu, władca miasta, otrzymał straszliwą klątwę, gdy był na wyprawie wojennej. Gdy z niej wrócił nadal ją posiadał i nie było sposobu by się jej pozbyć. Wreszcie kapłani Sigmara orzekli, że jeśli władca poświęci to, co jest dla niego najcenniejsze i wrzuci do studni to klątwa odejdzie. Zaczął wrzucać różne rzeczy do studni, ale nic to nie dawało. Wreszcie wrzucił coś, po czym klątwa została odczyniona. Jednak władca osłabł znacznie i wkrótce zmarł. Ludzie rzucili się do studni by zrabować rzeczy. Wyniesiono stamtąd dużo kosztowności, ale nikt nie znalazł tego, co odczyniło klątwę. Mówi się, że to była łza księżyca, która dawała władcy siły. I dlatego w studni jest zawsze widoczny księżyc.
Druga opowieść pochodzi z miejsca położonego pomiędzy Altdorfem a Delberzem, gdzieś przy trakcie przez Drakwald. Był tam staw, gdzie bardzo dobrze brały ryby. Razu pewnego nad staw wybrał się kapłan Taala ze swoim pomocnikiem, by nałapać ryb na kolację. Pech chciał, że kapłan niefortunnie potknął się i wpadł do wody. Chłopak zrazu odskoczył w las, ale potem wrócił. Widział kapłana pływającego na stawie, głową do dołu. Na niebie świecił już księżyc. Chłopak przyciągnął ciał i odwrócił je. Zobaczył objedzoną twarz kapłana, który w ustach trzymał opalizujący kamień, który natychmiast złapał światło księżyca i poraził nim chłopaka. Ten wystraszył się teraz nie na żarty i uciekł do wioski. Sprowadził pomoc i przybył ponownie nad staw. Tutaj jednak nigdzie nie było widać kapłana, który nie pojawił się od tej chwili ani razu we wiosce. Chłopaka zaś zaczęły nawiedzać koszmary i płonącej wiosce i kamieniu tańczącym na niebie. Trwało to aż do jego śmierci.
Trzecia opowieść mówi o pewnym miejscu w Ostermarku, gdzie rośnie okazałe drzewo z blizną od pioruna. Legenda mówi, że kto się wespnie na jego szczyt i zobaczy świt nad górami kislewskimi, ten zostanie obdarzony sokolim wzrokiem. Taką moc zyskuje nie poprzez drzewo a poprzez kamień, który spadł z nieba i utkwił głęboko w drzewie. Działo się to dawno temu podczas pewnej księżycowej nocy. W okolicznych wioskach mówili, że błysnęło, huknęło, ale nie było ani burzy ani deszczu. Jak potem jeden wioskowy szedł obok dębu podle gościńca to dostrzegł ogromną ranę na drzewie, rozdarcie jak od pioruna. Sprawdził to i skojarzył nocny huk z tym czymś.
Pierwszy, który doznał łaski drzewa był jeden parobek, który zakradł się nocą do dziewczyny ale ich ojciec nakrył i musiał się salwować ucieczką. Uciekł na drzewo i przesiedział całą noc. Rankiem miał schodzić, gdy coś błysnęło nad górami na wschodzie. Spojrzał i momentalnie mógł dostrzec wszystko. Zszedł i od tamtej pory chwalił się, że może dojrzeć wszystko. Faktycznie ludzie sprawdzali i widział rzeczy, których inni nie dostrzegali. Potem byli kolejni choć nie było ich wielu. Wszyscy jednak mówili o poranku na drzewie i błysku w górach na wschodzie.
Czerwona WieżaSigmur opowiedział jeszcze inne historie o miejscach, które warto odwiedzić. Jedną z nich była wioska, do której można dopłynąć łodzią przez Talabek. Wioska ta jest od dawna opuszczona i krąży legenda, że była zamieszkana przez wilkołaki. Klątwa spadła na wioskę i w ciągu kilku nocy wszyscy jej mieszkańcy stali się przeklęci i stali się wilkołakami. Po tym wydarzeniu wioska stała się miejscem walk zakończonych zniszczeniem tego miejsca. Teraz stoi opuszczona nad brzegiem rzeki, w lesie. Nikt tam nie zagląda bo krążą legendy jakoby nie wszystkie wilkołaki zginęły podczas czystki. Druga opowieść dotyczy Loric, a w zasadzie samotnego bastionu leżącego już pomiędzy wzgórzami Kolsa. Z tego bastionu ostała się samotna wieża nazywana czerwoną wieżą. Kamień, z którego jest zbudowana, czasami robi się czerwony jakby ktoś oblał ją krwią. W tym bastionie można było się bronić a wojsko wykorzystywało to miejsce by trzymać więźniów w jej podziemiach. Wielka Wojna zniszczyła wszystko a bastion stał się już tylko owianą złą sławą Czerwoną Wieżą.
Po wysłuchaniu tych wszystkich opowieści drużyna wykupiła jedzenie, oliwę i pochodnie by przygotować się do marszu na cmentarz.

Comments

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.