Gniew Bogów

21 Nachgeheim 2544 Talabheim-Strum
21N2544

“Dudnienie było tak silne, że aż drżały drobne listki brzóz rosnące na skraju lasu. Kiedy stało się jasne, co jest powodem owego dudnienia, było już za późno. Cały zagon zwierzoludzi wypadł zza drzew i niewielkiego wzniesienia będącego po lewej stronie drogi. Parli do przodu nie zważając na drzewa, ludzi i wozy. Wbili się w sam środek karawany niszcząc, zabijając i kalecząc. Ich furia była nieokiełznana, ich złość nieposkromiona a wściekłości na pyskach nie skrywała nawet biała piana. Kwik koni, krzyki ludzi i trzaski pękających burt wozowych mieszały się z rykami bestii i odgłosami dalekich rogów. Życie od śmierci dzieliła tylko cienka granica włóczni lub miecza, a że była to krucha granica, przekonało się wielu, którzy padli pod ciosami maczug i pałek. Las nie raz widział podobne sceny i pewnie nie raz jeszcze zobaczy. Krew wypiły mchy, ciała rozebrały mrówki a metalowe resztki zabrane zostały przez zbieraczy złomu. Tych, którzy przeżyli bestie zaciągnęły do lasu. Miano o nich już więcej nie usłyszeć, jednak stało się inaczej. "

Gniew Bogów
Strona 3

1
Droga do Talagaadu prowadziła brukowanym traktem schodzącym do samego Talabeku. Padał lekki deszcz, ale był on miłą odmianą po ponad godzinnym przejściu przez Drogę Maga pod samym Taalbastionem. Zatłoczone wyjście z Talabheim nie było niczym niezwykłym, ale zawsze zostawia wrażenie zbrukania. Niektórym z grupy to nie przeszkadzało, ale dla Desdemony nie była to komfortowa sytuacja. Z ulgą przywitała światło słoneczne i względną ciszę, nie zakłócaną echem pokrzykiwań woźniców, rżenia koni, płaczu dzieci oraz stukotem kół. Szła teraz w stronę portu z całą masą ludzi, którzy rozlali się szeroką rzeką spływającą do portowej części największego miasta Imperium na wschód od Altdrofu.
Wyjście z Talabheim- Przejdziemy obok murów i ruszymy traktem talabheńskim na wschód. Nie będziemy wchodzić do miasta tylko od razu ruszymy w stronę opactwa – powiedział Gunthar, rosły osobnik o zaciętym wyrazie twarzy. Liczne blizny nie zostawiały wątpliwości o jego przeszłości, która do spokojnych nie należała.
- To będziemy mieć ze trzy dni drogi do Kusel – odparła dziewczyna. Jedyna w tej grupie, choć nie narzekała na ten stan. Ci ludzie byli ważni dla każdego z nich i dla siebie samych więc przyjmowała to wszystko jako dopust boski, ktokolwiek teraz władał sterami ich życia. Była studentką i w historii upatrywała swoją siłę. Wiedziała dobrze, że przyszłość nie kształtuje teraźniejszość ale właśnie przeszłość. A idąc dalej i cytując jej ulubionego filozofa z Nuln Georga Owella, mogła powiedzieć, że kto włada przeszłością, ten kontroluje przyszłość.
- Mamy żarcie, jesteśmy wypoczęci to możemy ruszać. Im szybciej ruszymy tym wcześniej będziemy na miejscu – rzucił Ratt, który z miną cwaniaczka patrzył na wszystko i wszystkich z góry. Nie pierwszy raz ruszał na taką wyprawę ale pierwszy raz robił to nie z chęci zysku tylko ciekawości przyszłości której nawet nie zna, ale którą widział w snach i rozmowach z towarzyszami. Miał zginąć, ale tak się nie stało. Przeżył, bo ktoś lub coś miało w stosunku do niego inne zamiary. Nie chciał sprawdzać czy to się kiedykolwiek powtórzy tylko zbadać te zamiary i zdobyć to, czego nie wykopał do tej pory z żadnego grobowca.
- Spoko, chodźmy – wzruszył tylko ramionami Raimar. Poprawił kurtkę ze stalowymi naszywkami pochodzącymi z resztki pancerzy, sprawdził czy stara i zardzewiała szabla nadal trzyma się za pasem i ruszył drogą nie czekając na nikogo. Odstawał od reszty bo i nie czuł z nimi takiej wspólnoty jak by należało sądzić. Za dużo rozmyślał o innych rzeczach by przejmować się innymi choć nie ukrywał, że ich wspólny cel jest bardzo intrygujący.
I tylko Max, będący akademickim kartografem, nie odezwał się słowem bo i tak wszystko zostało powiedziane. On już układał sobie w głowie to, co go czeka. Poszukiwania, które połączyły ich w tą dziwną grupę, będą wymagać nie tylko współdziałania, ale również wiedzy. Tego oczekiwał, ale i obawiał się. Zapowiadało się, że legendarne Łzy Księżyca nie będą ani łatwe do znalezienia ani w połowie tak cudowne, jak opisują to legendy. Ich znalezienie stało ponad wszystkim ale z racji swojej wiedzy wiedział, że droga do nich będzie bardzo, bardzo długa i kamienista.
Ruiny opactwa StrumPierwszy cel grupy to niewielkie ruiny opactwa Strum leżące kilka dni drogi na wschód od Talabheim. Dzięki pójściu do nich, narysowaniu mapy i zbadaniu, biblioteka będzie mogła udostępnić swoje zbiory danych od jednego wschodu słońca do drugiego. Max czuł że to wiele ale jednocześnie za krótko. Na szczęście potrzeby biblioteki nie kończyły się li tylko na mapie ruin więc istniała szansa, że uda się znaleźć coś interesującego.
Wybrali się w drogę kilka dni po przesileniu jesiennym, gdy imperialny Nachgeheim rozbłyskiwał wszystkimi kolorami natury z pół i lasów. Zielonkawe wody Talabeku płynęły ze wschodu przynosząc orzeźwienie z dalekich krain. Wyprawa do ruin opactwa nie przestawiała sobą żadnej trudności. Miejsce od czasów Wielkiej Wojny było opuszczone i nikt poza zbłąkanymi podróżnymi, strażnikami drogowymi oraz sporadycznie banitami nie gościli tam na długo. Opactwo należało do sióstr Shally, ale wszelkie sacrum oraz cenne rzeczy zostały stamtąd zabrane i przechowywane są w stolicy prowincji – Kusel. To tam kierował trakt i tam grupa ma znaleźć resztę potrzebnych informacji o Strum.
Pierwszy nocleg wypadł w zajeździe “Talabek”, który jednocześnie obsługiwał przystań portową. Dlatego w środku było sporo żeglarzy choć i zwykłych, drogowych, podróżnych nie brakowało. Udało się tu zjeść smażoną i marynowaną w occie troć, która bardzo zasmakowała Rattowi.
- Gdyby można było to kilka dzbanów byśmy wzięli ze sobą. Rybka paluszki lizać – rzekł popijając cienkim, pszenicznym piwem.
- Przynajmniej to nie kasza – Desdemona również przyznawała, że ryba była nad wyraz dobra. – I noc można spokojnie przespać.
- Czyli jaśnie państwo w pokoju a reszta dobrych ludzi w dormitorium, tak? – spytał Raimar choć było to raczej pytanie retoryczne.
- Tylko nie jaśnie pan, bo będę prał po pyskach – Max zawsze obruszał się jak tytułowano go w ten sposób. A wynikało to tylko dlatego, że miał pokoik w rzemieślniczej dzielnicy Talabheim, a nie wynajmował pokój i to czyniło z niego wielkiego pana. Nie miał ani tytułu ani rodziny by być prawdziwym szlachcicem. Kiedyś słyszał, że książę różni się od innych tym, że nie ma osranej szaty, ale to jeszcze nie czyni nikogo wysoko urodzonym.
- Właśnie – potwierdziła Desdemona. – Max może spać z innymi, mnie się nie godzi. Poza tym trzeba pilnować dobytku, a w sali będzie ciężko.
- To chodźmy, zajmijmy jakieś dobre miejsce ze suchą słomą – Gunthar wstał i ruszył na schody.
W środku nie było może za świeżo ale dało znaleźć się suchy kąt, z dala od wiadra z nieczystościami i kilku podejrzanych wilgotnych plam przy ścianach. Na szczęście noc minęła spokojnie i kolejny dzień można było spędzić na orzeźwiającym marszu na wschód.
Taalbastion był tak wysoki, że w dzielnicy Talabheim położonej najbardziej na zachód już popołudniem robił się wieczór. Był też tak wielki, że dopiero pod koniec drugiego dnia wyszli z jego północnego cienia i mogli poczuć się jakby minęli miasto. Kolejny nocleg wypadł w zajeździe przy wiosce Sprotau. Miał już bardziej wiejski wystrój i przaśnego karczmarza.
Kamienny gołąbek- Witajcie w zajeździe “Leśny” podróżnicy. Co potrzeba? Jedzenia? Picia? Pokoju?
- Pokoju dla mnie i dla damy – Max już miał to przećwiczone – oraz dormitorium dla reszty. I coś na ząb bo cały dzień w drodze.
- To może wędzonego węgorza? To nasza specjalność i jeszcze go zostało – karczmarz szczerze uśmiechnął się odsłaniając poczerniałe pieńki po zębach.
- Dobrze, niech będzie węgorz…
- Ale, ale karczmarzu – wtrącił się Ratt – skąd u was węgorze. Toż one w rzece nie pływają?
- To prawda, ale mamy tu jeziorka i mamy inne ryby niż w rzece. Mamy tu nawet swoje święto węgorza a za miesiąc święto piwa. Jesień dała dobre zbiory to i chmielu sporo, naważone piwo czeka na rozpicie a dobra wszelakie trza opić przed zimą by wystarczyły jak najdłużej.
- Słusznie prawicie. A to święto to zawsze macie?
- Piwa? Zawsze. Są zawody w jedzeniu i piciu, siłowanie się, rzucanie podkowami i inne atrakcje – tu karczmarz mrugnął porozumiewawczo okiem w stronę Ratta.
- Drużynko – rzucił chłopak w stronę pozostałych towarzyszy – trzeba tu zawitać za miesiąc. Nie możemy przepuścić takich atrakcji.
I ta noc minęła spokojnie. Ranek wstał słoneczny i zachęcał do dalszej wędrówki. Posileni węgorzem podróżni ruszyli w stronę Kusel.
Po całym dniu chodzenia po brukowanym, imperialnym trakcie, przed grupą pojawiły się wieże stolicy prowincji Talabeklandu – Kusel. Wysoki mur bronił miasto przed nieprzyjacielem choć obecnie raczej przed tymi, którzy chcieli wejść do środka bez płacenia podatku. Straż na bramach pilnie przestrzegała porządku i każdy, kto wchodził musiał zapłacić srebrnego szylinga za każdą nogę.
Kariatyda- To może rozdzielimy się – Gunthar w otoczeniu tylu ludzi czuł się nieswojo. – Ja, Max i Desdemona ruszymy do środka by dowiedzieć się czegoś więcej o ruinach. Reszta niech popyta tutaj i spotkamy się jutro tutaj, pod murami.
- Dobra – Ratt ochoczo przytaknął. – Ciury pod obozem a paniska na salony.
I jak zdecydowali tak zrobili. Trójka w mieście udała się do karczmy by zasięgnąć języka, w szczególności zaś popytać strażników czy w ruinach jest bezpiecznie. Wizyta zarówno w “Leśnym” jak i “U Witolda” potwierdziła tylko to, co już wiedziano. Ruiny były spokojne. Rok temu została tam rozbita banda banitów, ale ich wyłapano i zakuto w kajdany przed wysłaniem do Middenheim. Poza tym tylko wiatr hula pomiędzy krzewami zarastającymi ruiny i echo lasu odpowiada w ocalałych podziemiach.
Tymczasem po drugiej stronie murów, u wędrownego sprzedawcy alkoholi Witka, pozostała dwójka zbierała informacje. A że to proces męczący, czasochłonny i kosztowny, to i skończył się późno nad ranem, gdy już ostatnia mieszanka okowity z wodą znalazła drogę do żołądka. Proces ten zmęczył tak obu chłopa, że Gunthar ledwo ich znalazł a potem zagonił do drogi w stronę ruin. W mieście, poza wypytaniem strażników i głównego łowczego, odwiedzono również świątynię Shally. Tutaj dowiedziano się, że w podziemiach jest chyba jakiś rodzaj pleśni, bo kilku ludzi wraca stamtąd i są dotkliwie poparzeni. Jak zeznaje jeden z nich, jak tylko podszedł w stronę kolumny w podziemiach to zaraz poczuł ból, kłujący i promieniujący momentalnie na całe ciało. Oglądane rany faktycznie wskazywały na obecność czegoś żrącego i silnie działającego na skórę. Nic więcej nie udało się już ustalić, ale i chyba nie było niczego więcej. Wiedza o pleśni była na tyle cenna, że teraz grupa będzie ostrożnie schodzić do podziemi.
- No i? – rzucił Ratt w stronę Gunthara. – Udało się nam ustalić to, co wam choć nie płaciliśmy za wejście do środka. I za pyszne jadełko, którym się obżarliście.
- To tylko uwiarygadnia zebrane dane – powiedział Max. – Potwierdza to, że w podziemiach nie ma nikogo i że jest pleśń na którą musimy uważać. A kaczka była bardzo dobra…
- No ja myślę – cicho dodał rabuś po czym zebrało mu się na wymioty na samą myśl o jedzeniu.
Droga do podziemi nie była szczególnie uciążliwa. Aż do bocznej drogi na Strum szło się dobrze i po dobrej nawierzchni. Dopiero zejście z uczęszczanego szlaku na zarośnięty, rozpadający się i w dodatku zawalony starymi drzewami dukt spowodowało, że tempo marszu spadło. Wóz by tędy nie przejechał i tylko piechotą lub konno dało by się przejechać dalej. Dawniej to dobra droga była. Teraz stałą się zaledwie cieniem swojej dawnej świetności. Tylko wydeptana przez środek ścieżka prowadząca wzdłuż traktu wskazywała, że ktoś jeszcze z niej korzysta. Ślady wskazywały na pieszych, zwierzynę oraz konnych i choć nie były liczne to jednak były. Zatem to miejsce do końca nie było opuszczone.
Mozaika z gołębiemWreszcie późnym popołudniem grupa doszła do końca drogi. Wychodziła ona na polanę, która obecnie zarosła krzakami, wysoką trawą oraz chwastami. Pomiędzy nimi było widać resztki kamiennym fundamentów i ścian, ale nie wyższych niż do połowy łydki. Jedynie wejście do podziemi miało jeszcze dość wyraźne wejście odcinające się od zielonych plam trawy i zarośli. Z czarnego otworu czuć było ziemią oraz lekkim swądkiem spalenizny.
- To tutaj. Nie wygląda imponująca – powiedziała Desdemona, odkładając na ziemię plecak i siadając na chwilę by odpocząć.
- Kiedyś było to dość pokaźne opactwo, leczące chorych na choroby zakaźne. Trakt do Kusel był bardziej uczęszczany, szczególnie że mogły tu przyjeżdżać rodziny w odwiedziny do chorych oraz wszelkiej maści doktorzy czy kapłanki z miasta – Max już chodził wokół i patrzył na stare fundamenty. – Podczas Wielkiej Wojny był tu szpital polowy, ale horda zwierzoludzi zrównała to miejsce z ziemią. III regiment z Talabheimu wyzwolił to miejsce, ale już wtedy nikt nie chciał tu wracać.
- I nic dziwnego – mruknął Ratt – daleko od miasta, wszystko w ruinie. Kto by chciał tu być.
- Dobra, to co robimy? – Gunthar najwyraźniej był gotowy do działania.
- To może tak – Max zostaje na górze i zaczyna rysować to, co trzeba by zadowolić bibliotekę. Reszta na dół. Tam poszukamy miejsca na nocleg i się trochę rozejrzymy. Na jutro odłożymy pełne przeszukanie tego miejsca.
Wszyscy pokiwali głowami na znak zgody. Oficjalnie przybyli do nieistniejącego Strum.
Kolejne dni, a zebrało się ich ponad pięć, to odkrywanie resztek ruin i tego, co jest pod nimi. Podziemia nie posiadały rozległej sieci korytarzy a wszystkie one zbiegały się w głównym pomieszczeniu z kolumną. Kolumną tą była kariatyda przedstawiająca kapłankę Shally i sięgała od sufitu aż po kamienną podłogę. I to właśnie zaraz za nią, przy wylocie jednego z korytarzy dało się zauważyć pleśń. Gunthar, z narażeniem życia, opatulony od stóp do głów materiałem ochronnym, wchodził w żrącą chmurę by sprawdzić, jak szybko rozchodzi się działanie pleśni i czy faktycznie działa ona tak, jak opisywała to ofiara. Przekonał się o tym na własnym łokciu, który bolał i nie goił się bardzo długo. Dopiero maść Raimara zabliźniła ranę.
Postanowiono spalić te plugastwo. Podobna do mchu pleśń nie dawała się. Wypalała się tam, gdzie spadł na nią ogień, ale nie paliła się dalej. I tak, nawet w miejscach wypalonych, trzeba było użyć dużo paliwa by usunąć zabójczą roślinę. W okolicy wyzbierano drewno, a przedłużający się pobyt pochłaniał racje żywności i wodę. Na szczęście tą ostatnią udało się uzupełnić z niewielkiego strumyka w lesie, co po kilku dniach stało się błogosławieństwem. Bo to właśnie woda spowodowała, że pleśń zaczęła rozpuszczać się w zielonkawą breję i przestawała być groźna. Zlano wszystkie ściany i sufit by nie było choć skrawka tego zielonego porostu. Udało się i dzięki temu można było wejść do dalszej części kompleksu.
Poza salą z kolumną była jeszcze sala z mozaiką na podłodze tworzącą lecącego gołębia. Na ścianach, gdzieniegdzie, widać było kamienne gołąbki ale były to jedyne zostawione oznaki, że kiedyś była tu świątynia Shally. Max wszystko to uwiecznił na mapie dzięki której będzie okazja do przeszperania biblioteki.
- To co dalej? – Desdemona najwyraźniej nie była pocieszona, że nie udało się w tym miejscu znaleźć niczego cennego.
- Musimy uzupełnić zasoby, to pewne – odpowiedział rosły mężczyzna.
- A potem może do zamku?
- Do zamku? – Max oderwał głowę znad ostatniego już fragmentu mapy. – Z przekazanych nam danych wygląda to na najtrudniejsze zadanie jakie nas czeka. Nie dowiadywaliśmy się o tym miejscu niczego a skoro w takim bezpiecznym czekało nas to żrące cholerstwo to co będzie czekać nas tam?
- Dowiemy się. Jak zawsze… – Ratt był najwyraźniej ucieszony i już widział siebie, jak wchodzi do zamku i patrzy na zachodzące słońce. – Idziemy?

View
10 Ernzeit 2544 Kusel - Winnica Loric
10EZ2544

“Zabijanie ludzi w taki sposób by czuli jak największy ból to sztuka. I jeden ze zwierzoludzi posiadł ową wiedzę, co wykorzystywali wszyscy inni. Szczególnie zaś jeden rosły człekoczłek z ułamanym rogiem i bielmem na jednym z oczu. Śmierdziało od niego końskim moczem ale nikt nie śmiał nawet oddychać w jego pobliżu. To właśnie on często brał ze sobą niską istotę postury kozy, która to potrafiła wyciągnąć z człowieka tyle bólu, że inni zatykali tylko uczy ale i tak łzy same płynęły z oczu. Teraz też złamany róg przechadzał się pomiędzy drzewami i patrzył na ludzi przywiązanych do nich. Obok niego dreptał zabójca czekając na to, co zrobi jego pan. Ten zaś chodził kopytami łamiąc gałązki i stukał delikatnie o wystające kamienie. Wreszcie przystanął przy obdartym mężczyźnie. Pochodził z Middenheim i był chyba kupcem. Jego ręka była chyba złamana bo zwisała luźno i ruszała się inaczej niż by sugerowało ciało. Krzywy róg wskazał go a kozopodobny zwierzoczłek podbiegł do niego i odwiązał od drzewa. Potem wziął postronek o poprowadził go za sobą w głąb lasu, tam, gdzie poszedł jego pan. Krzyk, który potem zabrzmiał, po raz kolejny zmroził nasze serca. I choć słyszało się już podobne to nigdy nie jesteś na niego gotowy. Łzy same potoczyły się po policzku. "

Gniew Bogów
Strona 7

DrogaOdpoczynek w Kusel był niczym wytchnienie po burzy. Wreszcie normalne łóżko, bez przeciągów i z odgłosami miasta. Prawie tydzień w podziemiach, szczególnie dla ludzi, którzy nie nawykli tyle przebywać w takich miejscach, musiał odbić się na samopoczuciu. Pewnie dlatego wszyscy szybko zasnęli jak tylko udało się wynająć pokój w zajeździe „Pręgierz”. Noc minęła spokojnie choć od wieczora zbierało się na burzę, a ranek przywitano kaszą i optymizmem. Przy śniadaniu omówiono również kolejne kroki. I wybrano udanie się do zamku Loric, na południe. Mimo sprzeciwu Raimara wszyscy podjęli wyzwanie i wybrali to, co było obarczone dużym ryzykiem w opisie z biblioteki.

Przed wyruszeniem złożono wizytę u Shally by poinformować o zniszczeniu pleśni. Przeorysza nieokazała radości z tego powodu, ale grzecznie podziękowała i obiecała, że jeśli będą w pobliżu i będą potrzebować pomocy medycznej to łaska Shally będzie tu na nich czekać. Chciano też porozmawiać z poszkodowanym przez pleść, którego spotkano tu tydzień temu, ale pacjent już wyszedł i nikt go więcej nie widział. Pozostało tylko uzupełnić zapasy jedzenia oraz oliwy i ruszyć na południe.

Ponowna wizyta w zajeździe „Leśny” i zjedzenie wędzonych węgorzy przyjęto z radością. Wypytywanie o dalszą drogę nie wskazywało na kłopoty więc niezwłocznie drużyna ruszyła dalej. Trakt nadal był przejezdny i bezpieczny, choć nie tak ważny i szeroki jak prowadzący do Talabheim. Mijano w drodze podróżnych, czasami przejechał strażnik drogowy a pogoda dopisywała. Informacje zbierane o Loricu były szczątkowe i póki co niewiele więcej dawały niż to, czego już się dowiedziano w bibliotece.

Kolejny nocleg wypadł już w lesie i to dość głębokim. Faktoria „U Alkiego” przyjęła wszystkich, ale o komforcie można było zapomnieć. Lało cały dzień i każdy nad głową przywitano by z radością. Tylko Raimar tym się nie przejmował, gdyż jego deszcz nie imał się tak jak innych. Może to fakt mamrotania inkantacji pod nosem albo wrodzone szczęście – i tak każdy się krzywo patrzył czując zimny strumy deszczu na plecach. Faktoria specjalizowała się w skupie i garbowaniu skór przez co utrzymywał się tu zapach, którzy inni dobrze znali z dzielnicy rzemieślniczej Talabheim. Sam Alki to niepozorny człowiek, który nie odzywał się wiele i równie niewiele mógł zaoferować. Nocleg wypadł w dużej izbie a do jedzenia była tylko kasza ze skwarkami. Przed takim żarciem ostrzegał karczmarz z „Leśnej” ale nie miało to teraz znaczenia. Liczył się ciepły kąt i kwaterka piwa. Ubranie dosuszało się nad piecem a wieczorową porą, tuż przed spaniem popytano dwójkę miejscowych o Loric. Wiele nie powiedzieli, a to, co znali to plotki. I to te plotki zaczęli opowiadać.

Zamek Loric to przeklęte miejsce. Ze ścian wychodzą duchy, korytarzami przechadzają się potwory a wieczorami słychać śpiewy kultystów. Korzystający z magii mogą tam znaleźć wieczną sławę lub wieczny odpoczynek spowodowany pękniętą głową. Plotki wspominają też o istotach, których tam się nikt nie spodziewał jak chociażby orki, demony lub centaury. Przechodzą oni przez dziurę w powietrzu i przenoszą się w czasie z przeszłych wojen. Mogą też porywać podróżników do środka. Nikt nie wie, gdzie oni potem się znajdują. Krzyki, światła, ryki i błyski – tym przywita Loric każdego, kto tam się uda. Po tej rozmowie zapadła cisza.

-_ Niech ktoś mi przypomni – idziemy tam, bo tak jest … taniej?_ – zapytał retorycznie Raimar.

Gunthar westchnął ciężko.

- Może jednak cmentarz? Kultystów zdzierżę, orków w małych ilościach też, ale stwory? Demony?

Ratt odłożył pusty kufel i przetarł mokrą od piwa brodę.

- Myślicie, że po cmentarzu na zamku się poprawi? I tak trzeba będzie tu wrócić i narysować te cholerne mapy.

Dyskusja rozgorzała, a jej wynikiem było utwierdzenie w podróży do zamku. Spytano się o kolejne miejsce, gdzie można odpocząć. Alki z uśmiechem powiedział, że następny jest zajazd „Mroki Nocnych Łowców” co wymawiał z uśmiechem na ustach jednak nie chciał nic mówić i powiedział by spytać Kurta jak już drużyna będzie na miejscu.

DreetzKolejny dzień był lepszy od poprzedniego bo nie padało. Marsz potrafi rozgrzać każdego dlatego nikt nie narzekał na temperaturę. Droga się dłużyła i każdy miał dość, ale pokonano kryzys i wieczorem przywitano zajazd przycupnięty przy drodze. „Mroki Nocnych Łowców” dumnie prężył się na tle wieczornego nieba. Las tutaj się przerzedzał a budowla nie wyglądała na szczególnie złowrogą. W środku było przytulnie, spokojnie i pachniało smakowicie. Na ścianach wisiały sieci rybackie, pęknięte wiosła i nawet połowa żelaznej kotwicy. Zamówiono pokój, jedzenie oraz koniecznie historię związaną z nazwą zajadu. Kurt, właściciel zajazdu, lekko się skrzywił, ale chyba dlatego, że musi coś robić po raz setny niż z irytacji faktem tłumaczenia czegokolwiek. Powstanie nazwy okazało się zwykłą pomyłką wynikłą z niewiedzy ojca Kurta, który założył ten zajazd. Był żeglarzem i osiadł tutaj budując zajazd. Chciał go nazwać „Wspaniała perła” ale nie umiał pisać. Poprosił jednego z gości by mu to napisał. Ten, może dla żartu lub z przekory, napisał coś innego. I tak już zostało. Zanim ojciec Kurta się zorientował minął rok i wszyscy znali to miejsce z przekręconej nazwy. Cóż było robić.

Noc minęła spokojnie i rankiem rozpoczęto podróż do Dreetz, które to miejsce miało być ostatnim przed zamkiem. Po całym dniu marszu udało się dotrzeć na miejsce, które okazało się wioską położoną pomiędzy wzgórzami. Największy dom należał do wójta, który przywitał podróżnych i przyjął ich w stodole by mieli miejsce do odpoczynku. Przestrzegał przed ruszaniem do zamku, ale skoro tam już ktoś musi iść to niech uważa na wszystko. Z wioski tam nikt nie chodzi, nawet Oskar, który handluje skórami z okolicznymi traperami. Wyjątkiem jest starowinka, Elza, która zbiera zioła i zapuszcza się w tamte rejony.

Przed udaniem się na spoczynek postanowiono porozmawiać z handlarzem oraz babcią zielarką. Najwyraźniej nikt więcej nie interesował się tym miejscem. W rozmowie z wójtem często pojawiał się motyw ludzi, którzy tu przychodzili do zamku. I to nawet dosyć często. Pojawiali się magowie, podróżnicy, zbrojni i łachudry. Każdego przyciągał zamek ale niewielu wracało. Niektórzy bez członków lub ze strachem w oczach, ale przynajmniej żywi. Dlatego ostrzegają wszystkich, że to miejsce jest niebezpieczne. Tą opinię potwierdził Oskar. Żaden traper tam się nie zapuszcza bo tam nie ma zwierząt. Nikt tam nie jest nawet przez przypadek, bo lepiej siedzieć w lesie niż na wzgórzach. A Wzgórza Kols, które zaczynają się właśnie przy zamku mają złą sławę. Tam dzieją się dziwne rzeczy i po zmroku lepiej tam nie przebywać jeśli nie zachodzi wyższa konieczność. Jednak nie tylko sam zamek jest niebezpieczny, ale i okolica. Trzeba wystrzegać się wszystkiego, co wygląda dziwnie. Szczególnie szerokim łukiem należy omijać Czerwony Bród. To przejście przez rzekę prowadzące do zamku i utworzone przez kamieni koloru krwi. Mówi się, że kto przejdzie przez nie do dojdzie w zupełnie inne miejsce niż drugi brzeg rzeki. On sam zna tylko jedną osobę, która to robi i nadal żyje – to stara Elza. On sam nie chadza tam i nie zamierza.

ElzaStarowinka żyjąca na skraju wioski w rozpadającym się domku, ugościła podróżnych w środku swojego lokum. Wszędzie pojawiające się zioła nie zostawiały wątpliwości co do profesji kobieciny. Potwierdziła, że zbiera zioła i czasami chodzi do zamku bo tylko tam może znaleźć te najrzadsze, jako chociażby nurglowe ziele. Jednak odradza wizytę na zamku. Jest on niebezpieczny bo sam może zdecydować, że ktoś mu nie odpowiada. Potrafi zabijać ścianami i choć wiele ich nie zostało, to nadal jest groźny. Za żadną cenę, chyba że życia, nie można korzystać z Czerwonego Brodu ani wchodzić do Jaskini nieopodal zamku. Do niej wrzucono wszystkich zabitych podczas ostatniego szturmu na zamek. Jednak po kilku dniach ciała zniknęły. Nie wiadomo jak i dlaczego. Kto w tym grzebie, sam znika bez śladu. Elza powiedziała jednak jedną rzecz, która dawała nadzieję. Jeśli wejdzie się do zamku to lepiej niczego nie dotykać, nie stukać, nie rozwalać ani nie dotykać. Wtedy jest szansa, że zamek pozostanie uśpiony. Jednak jeśli będzie inaczej, to… Lepiej nie myśleć, co się może stać.

Elza często wędruje też na wzgórza, które są pełne ziół ale które nie są do końca bezpieczne. To miejsce pradawnych mocy, które są starsze niż sam Taal. Wzgórza często zwieńczone są kamienną koroną, która tworzy krąg zwabiający zwierzoludzi. Odprawiają oni swoje rytuały budząc owe moce. Trzeba wiedzieć, kiedy iść i kiedy nie wchodzić. Zaleca udać się do zamku i wzgórza za tydzień. Za trzy dni będzie nów i wtedy magia miejsca się potęguje. Lepiej z nią nie igrać.

-_ A wiesz coś więcej o zamku?_ – spytała Desdemona.

- Zamek był tutaj od zawsze, ale magia go zniszczyła. Ostało się z niego niewiele a historia powoli wymazuje go z pamięci. Ja sama już wiele nie pamiętam, ale jest ktoś kto mógłby wam pomóc. To mój znajomy z dawnych lat – Sigmur. Mieszka w Teuplitz i zajmuje się w wolnych chwilach starymi budynkami, historią i legendami.

- A jak go poznamy? – kontynuowała Desdemona. – Nie ukrywam, że może być osobą, której szukamy, niekoniecznie w sprawie zamku.

- Och, to proste. Sigmur był kiedyś klaunem i pracował w cyrku. Teraz też czasami dorabia sobie bawiąc ludzi na rynku. Podejdźcie do niego i przywitajcie po imieniu, które wam podałam. Będzie wiedział, że to ktoś, kto przychodzi w konkretnej sprawie.

- Dziękujemy bardzo. To może być trop, którego szukamy.

Z bogatej zielnej biblioteki, jaką posiada Elza, zakupiono zioła na zakażenie, które może się przytrafić każdemu. Po kolejnym ostrzeżeniu dotyczącym zamku opuszczono starowinkę i cała drużyna spotkała się w stodole, gdzie zbierano siły na jutrzejszą podróż do ruin.

Kolejne trzy dni drużyna spędziła w drodze na wschód, poprzez las i wzgórza, kończąc na skraju lasu niedaleko ruin na odległym wzgórzu. Zamek Loric to była faktycznie ruina i nie ostała się na nim żadna ściana. Kikuty narożników, strzaskana baszta i resztki murów nie zachęcały do wejścia. Czuć było wokół dziwną atmosferę na którą kręcił nosem Raimar. Wieczorem i w nocy widać było migotliwe światło w pękniętej baszcie co tylko udowodniło, że w każdej plotce znajduje się ziarno prawdy. Coś się działo na zamku i najwyraźniej trzeba tam będzie pójść.

Zamek LoricRankiem, kiedy gęsta mgła zakryła wzgórza, drużyna ruszyła w stronę zamku. Podejście było proste i ostatnia prosta wyglądała obiecująco. Do czasu, kiedy z mgły wynurzyła się jakaś postać. Widać ją było poprzez pasma mgły, jak sunie pewnie choć ciężko. W ruchach tego człowieka było coś dziwnego i nikt nie chciał ryzykować, by ktoś taki podszedł blisko. Gunthar i Ratt ruszyli na zwarcie by z szarży zadać pierwszy i może decydujący cios. Tak się niestety nie stało, ale walka rozgorzała na dobre. Przy bliższym spotkaniu widać było dziwne wybroczyny na ciele człowieka, czyraki i krosty. Przy każdym ciosie coś się odrywało od skóry przeciwnika a z ran sączyła się krew zmieszana z zielonym śluzem. Wróg padł pod ciosami topora oraz ogniowymi pociskami Raimara. Jednak radość z pokonania przeciwnika nie trwała długo bo z mgły wychynął kolejna istota udająca człowieka.

Kolejne starcie trwało tyle, co pierwsze a jego zakończenie było na szczęście takie same. Przeciwnik padł. Jego wyjątkowa natura budziła wątpliwości co dalej. Część chciała spalić ciało, inni poćwiartować a jeszcze inni zostawić. Ostatecznie postanowiono nie tracić czasu tylko ruszyć na zamek. Mgła się rozwiała i ruiny ukazały się w pełnej krasie. Zamek nosił ślady zniszczenia. O ile z odległości było widać zniszczenia mechaniczne o tyle teraz widać było ślady na kamieniu od magii. Musiały tutaj działać bardzo silne moce gdyż widać było jak kamień ścieka niczym woda albo nadtopił się jak lód. Na górze nic się nie ostało. Resztki ścian, narożników i kupy kamieni zapełniły dziedziniec. Jedyna baszta była zniszczona i wydrążona w środku. Oberwała pociskiem z trebusza gdyż ogromna wyrwa w boku wieży odsłaniała pusty środek budowli. I to właśnie w nim, na pokrytej żwirem podłodze było wejście do podziemi. Jedyne takie na całej powierzchni. Przeszukanie całego dziedzińca nie pozostawiało wątpliwości – było to jedyne zejście na dół. Zatem cel wyprawy był jasny.

W świetle pochodni cienie drużyny tańczyły na kamieniach jak w teatrzyku kukiełkowym. Schody były pokruszone i pokryte rumoszem skalnym. Czasami było widać ślady potężnych ciosów i magicznych działań czarów. Raimar czuł się tutaj nieswojo. Ciągle czuł obecność czegoś innego, co wywołuje niepokój. Podrażniało to jego zmysły ale pamiętał to, co opowiadali traperzy, by nie używać tu magii. Źle kończyli ci, co to robili. Ciekawe czy to spotkało tych, którzy zaatakowali ich na górze. Wyglądali na bogatych podróżników i na ludzi, którymi pewnie niedawno byli. To, co się z nimi stało, będzie chyba na zawsze zaklęte w tych murach. I nikt nie chciał podzielić ich losu. Dlatego używanie magii czy naruszanie czegokolwiek byłoby ostatnią rzeczą, którą tu zrobią.

Schody skończyły się w ogromnej sali o łukowatym sklepieniu. Pomieszczenie było puste i opuszczone. Liczne ślady stóp, pokruszone kamienie i piasek były wszędzie. I… dziwne odgłosy. Dały się słyszeć z rogu pomieszczenia. Tam nie było nic, ale pobieżne sprawdzenie tego miejsca mogło wskazywać na iluzyjną ścianę. Kiedy wychynęła z niej ręka pokryta strupami wszystko stało się jasne. Zza ściany wypadła kolejna istota, której kopie spotkali na górze. Ruszyła na drużynę zaślepiona ogniem i wpatrzona w Gunthara, który stał najbliżej niej. Drużyna zaczęła się wycofywać na schody a gladiator pilnował tyłów. Nie chciał się zbliżać do istoty, ale nie dane było utrzymać takiej sytuacji. Stwór po kilku chwilach bluznął strugą śluzu, która co prawda trafiła na tarczę, ale rozbryzg był solidny i cała chmara kropelek otoczyła postać rosłego mężczyzny. Poszybowały strzały w stronę stwora, ale najwyraźniej niewiele sobie z nich robił. Drużyna już wspinała się po schodach cały czas kontrolując tego, który szedł jej śladem od dołu.

I wtedy wejście na górze przesłonił cień a potem warknięcie. Gunthar tylko jęknął u ruszył do przodu zostawiając Ratta z tyłu. Drużyna teraz zmagała się z wrogiem z dwóch stron, mając pod nogami nierówne schody i mocno niepewne podłoże. Gdy dystans pomiędzy wrogami skrócił się do wyciągnięcia miecza, to łuk Desdemony stał się bezużyteczny. Rozgorzała walka, do której dołączyła jeszcze jedna istota z góry. Starcie trwało zaledwie kilka chwil, podczas których udało się zabić wszystkich przeciwników obrywając zaledwie jedno draśnięcie. Raimar od razu zajął się nim wierząc, że to tylko zwykłe zranienie a nie zapaskudzenie jakąś chorobą.

BasztaTe starcia pokazały, że ciała, choć wyglądające na martwe, budzą się i coś z nimi trzeba zrobić. Gunthar chciał odciąć głowę stworowi ale nie dał rady. Tylko kolejne cząstki tkanek wystrzeliły w górę rozsiewając odór i sam Sigmar wie, co jeszcze. Pozostało tylko spalenie, które mogło dać szansę na zniszczenie ciał. Dlatego zawiązano pętle, zarzucono je na szyję martwych i wyciągnięto za zamek. Gdy udało się ciała zaciągnąć dalej niż miejsce, gdzie było pierwsze starcie, ciała zaczęły niebezpiecznie puchnąć aż wybuchły tworząc wokół chmurę pyłu. Śluz zniknął, z ciała zostały tylko resztki szkieletu i nic nie wskazywało na to, by istota miała wstać. Jak na dziś to było dużo wrażeń dla wszystkich. Postanowiono wrócić pod las i nazbierać dużo drewna a następnie przenieść go pod zamek. Dzięki temu będzie pod ręką pokaźny stos drewna, który można użyć jako stos. Najwyraźniej największy sojusznik ludzkości – ogień – miał po raz kolejny przynieść zwycięstwo.

Noc na skraju lasu była niespokojna. Od ruin było słychać w środku nocy krzyk, który jednak urwał się gwałtownie i po nim zapadła cisza. Na szczęście był o jedyny incydent, który zakłócił odpoczynek. Ranek znów był mglisty ale teraz postanowiono wejść do środka, Max naszkicuje mapkę i zwinąć się jak najszybciej. Zamek, schody i ogromne wnętrze piwnicy winnej były takie, jak je wczoraj zastano. Gunthar wziął teraz kij i badał ściany by sprawdzić, gdzie jest iluzja. Udało znaleźć się dwie odnogi korytarza, które kończyły się ślepo zakończonymi komnatami. W jednej z nich był oktagram ze świecami, które już się prawie wypaliły. Nadal ogniki pełgały ale nie było widać nikogo ani niczego wokół. W głównej sali była też zamaskowana iluzją dziura w ścianie i podłodze, która wyglądała jak rozdarcie w skale. Max dzielnie wszystko zanotował, rozpoczął szkice i w zasadzie można było już wyjść. Na dziedzińcu jeszcze się zastanawiali nad świecami. Ratt chciał je zgasić, inni nie byli przekonani by to robić. Przy braku sprzeciwu Ratt zszedł na dół i zgasił świece i szybko uciekł na górę. Było słychać odległe drżenie w ścianach, które rosło a drżenie się nasiało. Gdy wszyscy byli na górze to drżenie ucichło i wszystko było tak, jak poprzednio. Teraz już nikt nie chciał zejść na dół by sprawdzić czy coś się zmieniło. Wszyscy ale nie Ratt. Ten wyrwał się i zszedł na dół.

Reszta patrzyła na to, ale nikt nie ruszył go powstrzymać. Dopiero jak zamknęło się za nim przejście, to ruszono by coś zrobić. Przejście zamknęło się kompletnie skałą tak trwałą, że nie sposób było to rozbić. Walono pięściami, kopano, uderzano siekierami ale nic to nie dało. Dopiero jak same przejście się otworzyło i wypluło dymiącego Ratta wszyscy odetchnęli.

- Myślałem, że już po mnie…Tam…na dole…coś na mnie czekało…istota z kamienia i ognia…na Morra, chyba przez chwilę widziałem bramy do zaświatów – Ratt jeszcze dymił na skórze, stracił trochę włosów ale żył. Bogowie musieli mieć go w swojej opiece.

Przed opuszczeniem zamku Raimar patrzy na rozwaloną wieżę i czerniejący pod nią kwadrat wejścia.

- Słońce i księżyc wschodzą i zachodzą nad tym miejscem, pory roku przemijają, śmiałkowie przychodzą tu i odchodzą. Pewnego dnia będę gotowy by tu wrócić i zmierzyć się, wyjaśnić tajemnice, rozproszyć iluzję, otworzyć lochy, uwolnić strażników i przegonić tego, który spętany tu wolą czarowników musi służyć im jako niewolnik. Słyszysz mnie, demonie? – Raimar patrzył z zaciętością na twarzy. – Wyglądasz tu z ciemności tych podziemi przez dekady, uwiązany na łańcuchach, lecz twoje dni zostały właśnie policzone. Poznam twoje imię i odeślę cię do pustki skąd przybyłeś.

Gunthar słuchał tego z uwagą a gdy Raimar skończył to rzekł:

- Mądrze mówiłeś guślarzu, aż do momentu kiedy zacząłeś gadać o powrocie i stawianiu czoła zamkowi. Jeśli kiedyś uznasz, że jesteś gotów, to będzie oznaczało, że straciłeś rozsądek a nie, że jesteś gotów.

- Uciekać można całe życie aż do śmierci. Czy przybyłeś tutaj walczyć a może uznałeś, że jednak chcesz uciekać i uciekać. Uciekać, bo twoje ramię było za słabe a tarcza za mała? Dlaczego było za słabe? Może twój czas jeszcze nie nadszedł. Jeśli będziesz uciekać to on nigdy nie nadejdzie. Wiem, że jeśli ja nie będę na coś takiego gotowy, to równie dobrze mogę zaniechać poszukiwań łzy księżyca już teraz. Będzie to oznaczać, że już przegrałem. I wiem, że pewnym sprawom człowiek nie może sprostać – śmierci, czasowi oraz bogom. Jednak może zmierzyć się z każdym wytworem człowieka. To miejsce stworzyli ludzie i ludzie je zniszczyli. Ludzie przywlekli tu demona.

Reszta jeszcze się oglądała na innych czy idą i słuchała tego, co mówi Raimar.

- Spójrz na siebie Guntharze, dotarłeś aż tutaj. Walczyłeś na dole, przeżyłeś i wygrałeś. Żyjesz. Dlaczego mi nie wierzysz, kiedy mówię, że tu kiedyś wrócę? Nie widzisz, że czas biegnie i powoli osłabia magię tego miejsca a jego kres został już osądzony. Przyjdę tu jako śmierć tego miejsca.

Człowiek odszedł zostawiając resztę w tyle.

Ratt odprowadził wzrokiem Raimara potrząsając głową i nie dowierzając w potok słów, które przed chwilą wypłynęły z jego ust.

- Oby Elza miała jakiś syrop na kaszel – kaszlnął ochryple i ruszył za magiem. Kaszel przyplątał się do niego od czasu walki z istotami i nie wygląda by była to tylko chrypka przeziębieniowa.

Desdemona pokiwała tylko głową.

- Wrócimy tu – po czym dodała – po tym, jak się dowiemy, co to za magia, skąd pochodzi i co ją podtrzymuje. Po tym, jak podobne stwory przestaną być dla nas zagadką i śmiertelnym zagrożeniem. Jak nauczymy się, czym są i z czego się składają. Jak będziemy nad nimi mogli zapanować albo, jeśli będzie taka potrzeba, zniszczyć.

Gunthar wzrusza ramionami.

- Chcecie wrócić, to wrócimy. Mam nadzieję, że do tego czasu będziemy wiedzieli więcej. Jeśli demon jest częścią zamku, częścią samych murów, to ja tu nic nie zdziałam. Walka z czymś, co nie ma twarzy, nie ma ciała i nie ginie – to nie jest to, co lubię najbardziej. Ale jeśli będą jacyś pomagierzy, to chętnie przeciw nim stanę.

Po kilkunastu krokach mgły znów zasnuły ruiny a mleczny opar skrył okoliczne wzgórza Kolsa.

View
22 Ernzeit 2544 Kusel - Teupitz
22E2544

“Ludzka niedola jest tak przeraźliwie żałosna, że czasami brak słów by opisać człowieka, który taką niedolę cierpi. Zła wola, zniewolenie i okrutne traktowanie – to powoduje upodlenie człowieka. Zwierzoludzie uczynili to ludziom. Z premedytacją. I to było okrutne.”

Gniew Bogów, strona 8

Kolejne dni to powrót do Dreetz i wyścig z chorobą, która mogła rozwijać się w ciałach Gunthara i Ratta. Nikt nie nastawał na drużynę, nikt jej nie ścigał a wzgórza Kolsa zostały za mgłą i nie chciały z niej wyjść. Po przyjściu do wioski od razu udano się do Elzy. Ta popatrzyła na rany, spojrzała w gardło, pocmokała i rozwiała wątpliwości odnośnie zgnilizny Nurgla. Nie było to na szczęście to, na co jeszcze imperialni medycy nie znaleźli lekarstwa, ale zaraza Nurgla. Tą na szczęście udało jakoś okiełznać i Elza gotowa była by to zrobić. Kosztowało to 8 złotych koron i kilka dni odpoczynku oraz przyjmowania lekarstw.

Grupa zdecydowała, że Ratt i Gunthar muszą zostać i się wyleczyć, a reszta ruszy na zachód, w stronę Teupitz. Wszyscy zapewniają, że droga na zachód jest bezpieczna więc topór gladiatora nie musiał być użyty. Droga wiedzie przez pola, które przechodzą w ugory a potem w zarośnięte łąki. Cała okolica opiera się na rolnictwie, wycince drewna i zbieractwie. Nie jest tu bogato, ale przynajmniej spokojnie. Dreetz jest takim przykładem sioła, które co prawda ma dość niepokojące sąsiedztwo, ale jeśli nikt nie wtyka nosa w nie swoje sprawy to żyje długo i spokojnie. Wydaje się, że Elza jest osobą, która tu nie pasuje, bo chadza tam, gdzie nikt nie chodzi. To, co opowiadała o zamku, wychodzi daleko poza tym, co wiedzą zwykli chłopi. Mag obiecał, że tu jeszcze wróci. Za dużo tu tajemnic by można było to tak zwyczajnie pominąć.

Dzień i podróż mijają spokojnie i trójka podróżnych staje wieczorem w Uckrofurt. Wioska jest malutka – raptem kilka chałup, ze trzy chlewiki, parę obórek i żuraw na głównym placu wioskowym. Psy się rozszczekały jak tylko podeszli na kilkanaście metrów od pierwszych zabudowań. Gdzieniegdzie widać palącą się lampę w oknie, ale o tej porze wioska najwyraźniej już zaczynała spać. Jedynie na placyku widać było strażnika, który stał przy studni i patrzył się na wylot drogi z wioski. Raiman powitał strażnika rozglądając się po wsi starając się zaczepić wzrok na czymś ciekawym.

- Powitać podróżnych – mruknął strażnik. – Tędy na południe – machnął ręką w stronę rzeki – do Wiedebach. Spokojnie i przez rzekę Uckro brodem da się przejść. Tędy do Teupitz – znów wskazał na wylotową drogę w stronę zachodnią – wzdłuż Uckro. Ze dwa dni drogi będzie. Przez las. Podobno włóczy się tamtędy jakaś banda. Dwa dni temu napadli na podróżnego i zabrali mu dobra, a cztery dni temu napadli na dyliżans zabierając całe złoto i kosztowności. Czekamy na ludzi z miasta coby przetarli szlak i zrobili porządek. Stoję tu i wypatruję, ale jeszcze nie widziałem. Dziś poza wami nikt nie przychodził ze wschodu. Może przyjdą z zachodu, od Teupitz. Trza czekać…
- Dziękujemy za ostrzeżenie Nie można jakoś tej bandy obejść przez las? Albo może za jakimś patrolem się wybrać?
- Obejść to nie wiem. Nie wiadomo, gdzie siedzą i nie wiadomo, czy się na nich nie wpadnie. Ci napadnięci byli na drodze, ale nie wiadomo, czy las jest bezpieczny. Mówią, że było ich sześciu, ale słyszano głosy większej liczby opryszków. Nie wiadomo. Przyjdzie straż to zrobi porządek. Nie wiadomo czy jest za nich nagroda, nie wiadomo nawet kto to jest – strażnik przestąpił z nogi na nogę.
- Na patrol czekam. Nie wiem skąd przyjdzie – czy od zachodu czy ze wschodu. Trzeba czekać.
Des przysłuchiwała się tej rozmowie i wreszcie sama postanowiła się wtrącić
- A komu został zgłoszony ten problem i skąd wiadomo, że ktoś ma w ogóle przyjść?
- Ten ostatni, którego napadnięto, wrócił do wioski i stąd udał się z jednym ze strażników drogowych do Talabheim lub do strażnicy pod Taalgaadu. Konno więc powinni już tam być. A zazwyczaj władza nie zostawia tego tak i zawsze reaguje, gdy jakieś oprychy godzą w podróżnych.
- A gdzieś przenocować można tu? – spytał mag, nadal nie mogąc znaleźć niczego ciekawego w okolicy.
- To po chałupach popytać trzeba. Zwykle ludzie nocują pode wioską bo tu nie ma specjalnie miejsca.
I udało znaleźć się kawałek sąsieka w stodółce, życzliwego wójta i spokój, którego tak brakowało przez ostatnie dni. Nikt nie składał krwawych ofiar, nikt nie wołał na duchy i tylko chrapanie Raimara było słyszalne w obejściu. Ranek wstaje lekko deszczowy, ale stodółka jest zadaszona i możecie podziwiać deszcz z suchą głową. Koło południa do wioski dociera trzech konnych i jeden wóz. Wóz należy chyba do jakiegoś kupca zaś konni to strażnicy drogowi. Dobrze uzbrojeni i widać gotowi do działania. Rozmawiają ze strażnikiem, który pobudzony coś tam im klaruje. Kupiec z wozem ma kilku pomocników i widać, że oni też będą szykować się do przejazdu.
Raimar i Des zbliżyli się na tyle, by móc przysłuchać się tej rozmowie, jednak jak podeszli to rozmowa dość szybko się kończy. Ale nie dlatego, że zostali zauważoni ale strażnik wyczerpał temat. Ostatnie co udało się usłyszeć, to stwierdzenie, że poza wami – tu strażnik pokazuje ręką na trójkę podróżnych – nie było to nikogo a od strony zachodniej to już zupełnie nikogo.
Strażnicy zwracają się w stronę maga:
- Skąd przybyliście do tej wioski?
- Z Dreetz. A panowie kim są? – spytała zaczepnie Des.
- Strażnicy drogowi. Jedziemy z Kusel bo dostaliśmy cynk, że tu jakieś zbiry chaszczujom. To my ich wywabimy. Z cesarskimi nie zadrą. A mamy do pomocy tego jegomościa, co chce przejechać a i drużynkę ma niemałą to i pomoże – ręką wskazał ma wóz i łysiejącego kupca otoczonego przez swoich pomagierów.
- A nie martwicie się, że jak taką gromadę zbrojną zobaczą, to się w chaszczach przyczają i ich nie znajdziecie?
- Sprawdzimy tropy, pójdziemy śladami. Wytropimy dziadów. Za nami jest jeszcze oddział pieszy więc oni zrobią porządek z nimi jak będą się stawiać. Niech się panienka nie boi. Bandyci byli, som i bedom ale my zawsze z nimi krótko i na temat. Krwi napsują, ale zawisną. Tutaj nie zdarza się to często ale czasami któremuś odbije…
- To co mamy zrobić? – spytał mag. – Wybieraliśmy się tą drogą właśnie a śpieszy nam się trochę
- To możecie iść z nami. Jutro z rana ruszamy – zerknął kątem oka na kupca, który ciekawie przygląda się wszystkiemu, w tym Des.
Ta zaś uśmiecha się do oficera zalotnie i mówi:
- Panie strażniku, za dwa dni wieczorem dołączą do nas dwaj waleczni druhowie, tropiciele, którzy z nie jedynymi rabusiami dawali już sobie radę, jak zechcą Panowie zaczekać, to będziemy mogli znacząco wspomóc Panów w walce z opryszkami.
Strażnik spojrzał na dziewczynę, spojrzał w jej oczy i proszące spojrzenie a także na towarzyszy, którzy nie stanowili dla nikogo zagrożenia. Patrzył długo na Des po czym odsunął się i zaczął cicho rozmawiać z innymi strażnikami. Nie trwało to długo. Wrócił do dwójki rozmówców i powiedział:
- Dobra, poczekamy. Przyjdą nasi kompani to większą grupą wejdziemy i skopiemy tyłki.
- Hola, hola, panie strażniku – wtrącił się kupiec do rozmowy. – Ja tu mam towar i tam na niego czekają. Ja nie mogę czekać.
- Panie kochany, za kilka dni będą nasi chłopaki, to nikt nam nie podskoczy. Dwa dni nie są warte życia.
- Ale pan mi obiecał – widać, że kupiec się gotuje.Kupiec
- Cóż…. – spojrzał na Des i uśmiechnął się nerwowo. – Pojawiły się nowe okoliczności…
- Ja wam dam okoliczności – kupiec zacisnął pięści i i pogroził wszystkim jedną z nich. – Ja jadę. Biorę swoich chłopaków i spieprzam stąd. Skoro łajza żołnierz poleciał na dupę…
Strażnik przyłożył kupcowi pięścią w twarz czym powalił go na ziemię. Już nie był zmieszany.
- My tu grzecznie a pan szanowny do nas z gębą. Teraz pan przeprosi panią a potem niech pan spieprza w podskokach. Chciałem po dobroci, ale widać się nie da. To jak?
Kupiec zaczął gramolić się z ziemi. Jego ludzie dobyli już pistolety i wycelowali we wszystkich zgromadzonych. Mężczyzna wstał, potarł czerwoną szczękę i rękawem wytarł krew lejącą się z nosa.
- Pani wybaczy – skłonił się lekko ale Des dostrzegła w jego oczach gniew i złość. I chęć rewanżu. Widać było po nim, że to nie jest gość, który odpuszcza. Mimo to odwrócił się i odszedł. Krzyknął do swoich by nie rozchodzili się i szykowali do drogi. Deszcz przestał padać i w milczeniu wszyscy czekali aż wóz odjedzie. Kupiec jeszcze tylko rzucił ostatnie spojrzenie z wozu
- To teraz w spokoju poczekamy – strażnik rzucił, gdy już wóz wjechał do lasu. – Teraz przepraszamy, bo my z drogi a, za przeproszeniem, żyć odbita to końskiego karku.
I odszedł.
- To ciekawe czy dadzą radę? – rzuciła pytanie Des, gdy już wszyscy zasiedli w stodole.
- Logika podpowiada że ilu by ich nie było to ty ani Max nie jesteście wojownikami, teoretycznie ja mógłbym coś zdziałać ale czy jest sens się narażać ? Chyba że kupiec pomoże potem nam…
- A kto mówi o atakowaniu ich? Ja się raczej spodziewam zasadzki z ich strony.
- Oni idą w piątkę do lasu by dostać w dupę, ale co my możemy zrobić?
- Nic, a czemu mamy działać w ich obronie? Jak nie chcą czekać, to niech idą. My czekamy razem ze strażnikami na Ratta i Gunthara, potem ruszamy całą grupą. Jak dobrze pójdzie, to znajdziemy zwłoki kupca, a potem pomożemy strażnikom rozprawić się z bandytami, zgarniemy łup i nagrodę za bandytów. No dobra, pewnie będą nici z nagrody i łupu, ale przynajmniej przejedziemy cało.
- No jakby nie było jesteśmy tylko po mapy a nie po banitów. Nie mamy siły bojowej.
Jakiż to ból myśleć że cała nasza walcząca elita zległa w zapluskwionych lożach starej wiedźmy lecząc się ze zgnilizny Nurgla.

I tak mijają dwa dni we wiosce. Tymczasem u Gunthara i Ratta wszystko w porządku. Zdrowieją, piją rano i wieczorem coś tak obrzydliwego, że musiało to być zrobione ze szczura i zmielone z gniazdem karaluchów. Na szczęście kaszel Ratta zanika i nie widać objawów by choroba miała zaatakować. Staruszka wieczorem dała ostatnią dawkę leku i powiedziała, że rano możecie ruszać dalej. Tymczasem dzień drogi dalej na zachód Des tłumaczy strażnikom, że jeszcze dzień i chłopaki dotrą. Faktycznie tak się staje następnego dnia, kiedy to wyleczenie towarzysze dochodzą do wsi, tak samo jak pieszy oddział strażników, którzy zwarci i gotowi zdecydowanie wzmacniają siły przeciwko bandytom.
Następnego dnia wszyscy ruszają w las, na zachód, w stronę Teupitz. Strażnicy idą szeroką tyralierą, często wędrując przez las i wypatrując śladów. Drużyna idzie swobodnie drogą i wie, że przed nią i za nią są czujni strażnicy. Cały dzień zszedł na taką podróż i nikt nie został zaatakowany. Odnaleziono jakieś tropy, ale dopiero w nocy zaplanowano na zajęcie się tym. Wieczorem rozbito obóz, rozpalono ognisko a strażnicy zaczęli szykować się do nocnej wyprawy. Ruszyli głęboką ciemnicą, kiedy gwiazdy nie błyszczały a wrócili nad ranem, gdy mgły zaczęły snuć się między drzewami. Nie znaleziono bandytów, choć ich ślady jak najbardziej. Odeszli gdzieś w las trzeba będzie ich znaleźć później. Następnego dnia droga do Teupitz nie przyniosła niespodzianek i można było wreszcie zatrzymać się w czymś bardziej cywilizowanym niż stodoła.
Teupitz to trochę większa wioska niż Dreetz ale za to posiadająca karczmę z miejscami, gdzie można zanocować. Stąd wędruje się na zachód, wprost nad Talarek, gdzie traktem talabheimskim można dotrzeć do wolnego miasta. Zajazd „Trupitz” nie był czymś wyszukanym, ale o niebo lepsze niż stodoła czy runo leśne. Od zewnątrz nie wyglądał imponująco ale zapach kaszy i skwarek był bardzo miły.
Do kamiennego cmentarza zostało niecałe pół dnia drogi. Wszystkie informacje o tym miejscu, które były dostępne w Talabheim, potwierdziły się. Każdy przestrzegał przed tym miejscem i każdy mówił, że tam przebywają duchy. Czasami przychodzą tam kapłani Morra z Talabheim, odprawiają modły i wychodzą zostawiając to miejsce na pastwę natury i ludzi. Na szczęście duchy, które tam przebywają skutecznie bronią tego miejsca. Drużyny to nie odstraszyło, ale równie ważna rzecz, którą trzeba było tu załatwić to spotkanie z Sigmurem. Tego byłego cyrkowca polecała Elza, szczególnie, że ma on znać wiele legend, opowieści i podań. Udało się go spotkać wieczorem, gdy przyszedł się napić. Wyglądał staro, z rozciągniętą skórą na twarzy, z siwymi włosami i łysinką na czubku czaszki. Przywitał się, pociągnął z glinianej butelki i zasiadł przy jednym stole. Sigmur
Oczywiście spytany o cmentarz powiedział to, co inni – tam nikt nie chodzi jeśli nie musi. Tam widziano duchy, tam coś straszy i choć nie słyszało się o tym, by ktoś tam zginął, ale na pewno solidnie się przestraszył. Jednak znacznie ciekawsze było to, co opowiedział o łzach. Przytoczył trzy historie ze swojego życia, gdzie słyszał o łzach i które będzie można wykorzystać.
Pierwsza, najbliżej stąd, na południe przy rzece w wielkim mieście się działa. Istnieje tam studnia, która dawała wielką siłę, kto do niej wpadł i zasłużył. Nie każdy został siłą obdarowany – jedynie dzieci, które przypadkowo tam powpadały i sporadycznie dorośli. Mówi się, że to przez klątwę, która ciąży na studni, gdzie spoczywa łza księżyca. Otóż dawno temu, władca miasta, otrzymał straszliwą klątwę, gdy był na wyprawie wojennej. Gdy z niej wrócił nadal ją posiadał i nie było sposobu by się jej pozbyć. Wreszcie kapłani Sigmara orzekli, że jeśli władca poświęci to, co jest dla niego najcenniejsze i wrzuci do studni to klątwa odejdzie. Zaczął wrzucać różne rzeczy do studni, ale nic to nie dawało. Wreszcie wrzucił coś, po czym klątwa została odczyniona. Jednak władca osłabł znacznie i wkrótce zmarł. Ludzie rzucili się do studni by zrabować rzeczy. Wyniesiono stamtąd dużo kosztowności, ale nikt nie znalazł tego, co odczyniło klątwę. Mówi się, że to była łza księżyca, która dawała władcy siły. I dlatego w studni jest zawsze widoczny księżyc.
Druga opowieść pochodzi z miejsca położonego pomiędzy Altdorfem a Delberzem, gdzieś przy trakcie przez Drakwald. Był tam staw, gdzie bardzo dobrze brały ryby. Razu pewnego nad staw wybrał się kapłan Taala ze swoim pomocnikiem, by nałapać ryb na kolację. Pech chciał, że kapłan niefortunnie potknął się i wpadł do wody. Chłopak zrazu odskoczył w las, ale potem wrócił. Widział kapłana pływającego na stawie, głową do dołu. Na niebie świecił już księżyc. Chłopak przyciągnął ciał i odwrócił je. Zobaczył objedzoną twarz kapłana, który w ustach trzymał opalizujący kamień, który natychmiast złapał światło księżyca i poraził nim chłopaka. Ten wystraszył się teraz nie na żarty i uciekł do wioski. Sprowadził pomoc i przybył ponownie nad staw. Tutaj jednak nigdzie nie było widać kapłana, który nie pojawił się od tej chwili ani razu we wiosce. Chłopaka zaś zaczęły nawiedzać koszmary i płonącej wiosce i kamieniu tańczącym na niebie. Trwało to aż do jego śmierci.
Trzecia opowieść mówi o pewnym miejscu w Ostermarku, gdzie rośnie okazałe drzewo z blizną od pioruna. Legenda mówi, że kto się wespnie na jego szczyt i zobaczy świt nad górami kislewskimi, ten zostanie obdarzony sokolim wzrokiem. Taką moc zyskuje nie poprzez drzewo a poprzez kamień, który spadł z nieba i utkwił głęboko w drzewie. Działo się to dawno temu podczas pewnej księżycowej nocy. W okolicznych wioskach mówili, że błysnęło, huknęło, ale nie było ani burzy ani deszczu. Jak potem jeden wioskowy szedł obok dębu podle gościńca to dostrzegł ogromną ranę na drzewie, rozdarcie jak od pioruna. Sprawdził to i skojarzył nocny huk z tym czymś.
Pierwszy, który doznał łaski drzewa był jeden parobek, który zakradł się nocą do dziewczyny ale ich ojciec nakrył i musiał się salwować ucieczką. Uciekł na drzewo i przesiedział całą noc. Rankiem miał schodzić, gdy coś błysnęło nad górami na wschodzie. Spojrzał i momentalnie mógł dostrzec wszystko. Zszedł i od tamtej pory chwalił się, że może dojrzeć wszystko. Faktycznie ludzie sprawdzali i widział rzeczy, których inni nie dostrzegali. Potem byli kolejni choć nie było ich wielu. Wszyscy jednak mówili o poranku na drzewie i błysku w górach na wschodzie.
Czerwona WieżaSigmur opowiedział jeszcze inne historie o miejscach, które warto odwiedzić. Jedną z nich była wioska, do której można dopłynąć łodzią przez Talabek. Wioska ta jest od dawna opuszczona i krąży legenda, że była zamieszkana przez wilkołaki. Klątwa spadła na wioskę i w ciągu kilku nocy wszyscy jej mieszkańcy stali się przeklęci i stali się wilkołakami. Po tym wydarzeniu wioska stała się miejscem walk zakończonych zniszczeniem tego miejsca. Teraz stoi opuszczona nad brzegiem rzeki, w lesie. Nikt tam nie zagląda bo krążą legendy jakoby nie wszystkie wilkołaki zginęły podczas czystki. Druga opowieść dotyczy Loric, a w zasadzie samotnego bastionu leżącego już pomiędzy wzgórzami Kolsa. Z tego bastionu ostała się samotna wieża nazywana czerwoną wieżą. Kamień, z którego jest zbudowana, czasami robi się czerwony jakby ktoś oblał ją krwią. W tym bastionie można było się bronić a wojsko wykorzystywało to miejsce by trzymać więźniów w jej podziemiach. Wielka Wojna zniszczyła wszystko a bastion stał się już tylko owianą złą sławą Czerwoną Wieżą.
Po wysłuchaniu tych wszystkich opowieści drużyna wykupiła jedzenie, oliwę i pochodnie by przygotować się do marszu na cmentarz.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.