Desdemona Hilde

Przep­raszam cię bar­dzo, ale nie jes­tem przyz­wycza­jona do transcendencji. 

Description:
Mówi się, że przed śmiercią człowieka przemyka mu przed oczami całe jego życie. Mam nadzieję, że to tylko przesąd albo spaczona wizja umysłu oszołomionego strachem i zwątpieniem. Jakże mogłoby być inaczej – lata zredukowane do kilku sekund? A może, zanim zgaśnie nasze życie, widzimy tylko wybrane fragmenty, te, które stanowią o tym, kim się staliśmy albo te, które były dla nas szczególnie ważne? Niedawno myślałam, że umrę. I zamiast się bać, nie mogłam przestać myśleć, co tak naprawdę będzie się działo w tej ostatniej chwili mojego istnienia. Czy może będzie to po prostu krótki ból i wszeogarniająca ciemność? Zdaję sobie sprawę, że te pytania sensu nie mają, bo odpowiedzi na nie nie uzyskam do czasu, kiedy nie będą one miały już dla mnie żadnego znaczenia. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że ostatnie wydarzenia znacząco odmieniły moje życie. I nie chodzi o rozważanie spraw, o których dotychczas nie myślałam, czy o nawiedzające mnie w nocy, uporczywie i nieustająco sny o sprawach, których jeszcze nie rozumiem i które nawet nie mieszczą się w ramach racjonalnego myślenia. Chodzi o cel, jaki został nadany moim działaniom albo raczej który ja sama sobie nadałam, uparcie odmawiam bowiem uznania, że na moje poczynania wpływa coś tak nielogicznego i zabobonnego jak przeznaczenie. Tym celem jest wiedza, wiedza o kształcie, definicji i istocie otaczającego mnie świata, tego dalej, i tego całkiem blisko mnie, próbującego wpływać na moje życie. A że wszelka wiedza pochodzi głównie z doświadczenia… czas ruszyć w drogę i nie oglądać się zbytnio za siebie.

Desdemona Hilde

Cechy

Główne WS BS S T AG INT WP FEl
Podstawowe 26 38 35 25 36 45* 44* 37
student +10 +10 +5 +10
Wykorzystane rozszerzenia +10 +10 +5 +10
Obecne 26 38 35 25 46 55 49 47
Pochodne A W SB TB M Mag IP FP
Podstawowe 1 13 3 2 4 0 0 0
student +2 0
Wykorzystane rozszerzenia
Obecne 1 13 3 2 4 0 0 0
Umiejętności (podstawowe): Mam Cecha Test Opis Powiązany talent
Spostrzegawczość + IQ 55
Przekonywanie + FEL 47 +10 w rozmowach z arystokracją
Plotkowanie + FEL 47 +10 w rozmowach z arystokracją
Przeszukiwanie + IQ 55
Umiejętności (zaawansowane): Mam Cecha Test Opis Powiązany talent
Czytanie/pisanie + IQ 55
Leczenie + IQ 55
Nauka (historia) + IQ 55
Nauka (magia) + IQ 55
Język klasyczny + IQ 55/65 Obieżyświat +10
Język staroświatowy + IQ 55/65 Obieżyświat +10
Wiedza (Imperium) + IQ 55/65 Obieżyświat +10
Talent Opis
Odporność na magię +10 do WP w testach przeciwko magii
Opanowanie +5 do WP
Błyskotliwość +5 do IQ
Etykieta +10 do testów plotkowania i przekonywania w rozmowach z arystokracją
Obieżyświat +10 do testów wiedzy i języka
Ekwipunek Obciążenie
Przybory do pisania 5
3 kartki pergaminu -
Łuk 80
20 strzał 40
Wyposażenie ogólne 30
Ubranie podróżne 15
Zapas prowiantu 55
Srebrny naszyjnik o wartości wyłącznie sentymentalnej
Ogółem 225
Księga o historii 35
Księga o teorii magii 35
Bio:

Desdemona pochodzi z mieszczańskiego rodu Hilde z Krugenheim. Rodzina dorobiła się całkiem niezłego majątku na handlu drewnem, więc w ślady ojca poszedł jej starszy brat, który przygotowuje się obecnie do objęcia rodzinnego interesu. Starsza siostra już kilka lat temu została żoną kupca z Ravenstein i tam zamieszkała. Młoda Desdemona po kategorycznej odmowie wyjścia za mąż za syna wspólnika od interesów jej ojca, po wielu burzliwych awanturach domowych, w niemałej atmosferze małomiasteczkowego skandalu, opuściła rodzinny dom. Ojciec początkowo nie chciał słyszeć o edukacji córki, jednak po namowie żony niechętnie zgodził się na sfinansowanie czesnego na uniwersytecie Talabheim, płacąc tym samym głównie za swój święty spokój. Od czasu wyjazdu z rodzinnego miasta Desdemona nie utrzymuje specjalnego kontaktu z rodziną, poza sporadycznymi listami do mieszkającej w Ravenstein siostry.
____________________________________________________________________________________________________

Desdemona wierciła się niespokojnie na swoim miejscu. Profesor Schoch od ponad dwóch godzin monotonnym głosem prowadził wykład o bitwie pod Middenheim sprzed dwudziestu lat, gdy zjednoczone pod dowództwem Imperatora Karla Franza siły Imperium odniosły zwycięstwo nad armiami Chaosu. Dziewczyna nigdy wcześniej by nie uwierzyła, że z najbardziej fascynującej bitwy tego wieku można uczynić opowieść porównywalną ciekawością do legendarnych już wśród studentów wykładów profesora Zimmermanna na temat imperialnej reformy monetarnej. Siedząca po jej prawej stronie Yvonne plotkowała intensywnie z koleżanką, którą Desdemona znała jedynie z widzenia. Siedzący po lewej stronie od dziewczyny Dieter wsparł głowę o oparcie krzesła i chrapał w najlepsze. Des szturchnęła go mocno łokciem. Chłopak obudził się gwałtownie i nieomal nie spadł z krzesła, robiąc przy tym masę hałasu. Profesor na chwilę przerwał wywód i spojrzał w ich stronę z wyrzutem. Desdemona zdusiła śmiech.
„Co jest?” Szepnął Dieter i przeczesał dłonią potargane, ciemne włosy. Nie urodził się w Talabeclandzie jak większość studentów. Jego rodzina pochodziła ze spustoszonych dwadzieścia lat temu przez wojnę terenów Middenlandu. Gdy przybyli do Talabheim, Dieter miał dwa lata.
„Chrapałeś.” Odszepnęła dziewczyna.
Dieter wyszczerzył zęby w dwuznacznym uśmiechu.
„Jeszcze niedawno ci to nie przeszkadzało.”
„Co było, a nie jest…”
„Wiem, wiem.” Przeciągnął się. „To co proponujesz, skoro już mnie obudziłaś?”
„Może chodźmy coś zjeść.”
„Genialny plan.” Uśmiechnął się znowu. Była to cecha, którą Desdemona najbardziej u niego lubiła – śmiał się często i niemal ze wszystkiego. Dziewczyna szturchnęła Yvonne i po chwili cała trójka szła dziedzińcem Królewskiej Akademii Talabeclandu.
„Dzięki bogom.” Powiedziała głośno Yvonne. „Myślałam, że umrę. Ten stary pierdziel chyba znajduje przyjemność w torturowaniu studentów.”
„On po prostu lubi dźwięk swojego głosu.” Mruknęła Desdemona. „Treść słów ma dla niego drugorzędne znaczenie.”
„Co do…!” Dieter nie skończył, tylko odwrócił się gwałtownie. Do trójki przyjaciół doszły podniesione głosy. Chłopak ruszył natychmiast w tym kierunku, a dziewczyny, chcąc, nie chcąc, podążyły za nim. W cieniu Biblioteki Uniwersyteckiej stał młody mężczyzna w jasnym, poplamionym podejrzanie wyglądającymi rdzawymi plamami ubraniu. Desdemona szybko poznała Richarda, studenta medycyny, jednego z przyjaciół Dietera. Otaczało go trzech innych, wystrojonych w szaty, których nie psuła żadna niedoskonałość. Jeden z nich właśnie popchnął medyka, a raczej próbował, bo medyk złapał go za rękę i odepchnął tak, że tamten zatoczył się dwa kroki do tyłu. Był najwyraźniej znacznie silniejszy, niż jego chuda, przygarbiona sylwetka sugerowała. Przyjaciele napastnika położyli dłonie na krótkich mieczach, które trzymali za pasem.
„Jakiś problem?” Zapytał Dieter, stając obok przyjaciela i spoglądając z góry na jego adwersarza. Był od niego co najmniej pół głowy wyższy.
„Ach, Middenlandczyk.” Powiedział tamten z pogardą w głosie. Nie ulegało wątpliwości, że to miała być obelga.
„William von Raedler.” Odpowiedział Dieter z najwyższą niechęcią. Desdemona szybko zrozumiała, w czym był problem. William von Raedler był synem szlachcica z Reiklandu. Jego rodzina z nieznanych bliżej powodów kilka lat temu przeprowadziła się do Talabheim. William był najmłodszym synem i plotki mówiły, że jego rodzina ofiarowała uniwersytetowi sporą sumkę za przyjęcie go w poczet studentów. Nie czyniło go to co prawda właścicielem uniwersytetu, ale mniej więcej tak się zachowywał, regularnie wszczynając burdy za mniej lub bardziej wyimaginowane urazy, doskonale wiedząc, że nie spotkają go za to żadne konsekwencje ze strony władz uczelni.
„Mam do pogadania z tym łachudrą, więc bądź uprzejmy nie wtrącać się w nieswoje sprawy, Middenlandczyku.” Powiedział William spokojnie, zerkając na swoich przyjaciół. Richard otworzył usta, ale Dieter zrobił krok w stronę szlachcica, aż tamten się cofnął.
„Posłuchaj mnie, dupku.” Powiedział głosem drżącym z wściekłości. Dziewczyny wymieniły dyskretnie spojrzenia za jego plecami. To był największy problem Dietera – nie umiał trzymać nerwów na wodzy. „Policzę do trzech, a ty i twoje przydupasy zaczniecie spierdalać w podskokach, żebym za dziesięć sekund nie widział was w pobliżu. Raz…”
Twarz Williama wykrzywiła się ze złości. Zmierzył wzrokiem potężną sylwetkę Dietera, spojrzał na dziewczyny i podjął decyzję.
„Pożałujesz tego, obiecuję ci to.” Powiedział, opanowując się. „Nie będę wszczynał awantur przy damach. Ale zobaczymy się jeszcze.” Dał znak swoim towarzyszom i powoli opuścili plac. Yvonne spojrzała na Richarda.
„Co ten dupek chciał od ciebie?”
Medyk wzruszył ramionami.
„Ubzdurał coś sobie. Ale…” Na szczupłej twarzy chłopaka pojawił się złośliwy uśmiech. „…niedługo pożałuje.”
„Co zamierzasz zrobić?”
„Powiem tylko, że wychodek będzie zajęty na bardzo, bardzo, bardzo długi czas.”
Dieter roześmiał się głośno, a Yvonne spojrzała na medyka niemal z nabożną czcią.
„Mam nadzieję, że nigdy cię nie rozgniewam.” Powiedziała z udawanym przestrachem. „Chciałam ci zaproponować, abyś poszedł z nami coś zjeść, ale teraz to nie wiem…”
„A gdzie idziecie?”
Dieter spojrzał na Des.
„Miałaś coś konkretnego na myśli?”
„Może do „Grubego”?” Zaproponowała dziewczyna.
„To straszna speluna.” Odpowiedziała rozczarowanym głosem Yvonne.
„Ale mają prawdziwe krasnoludzkie piwo i najlepszy bimber w okolicy.” Dieter poparł Desdemonę głośno. Była to prawda, ale za propozycją dziewczyny stał głównie fakt, że miała bardzo ograniczone fundusze, a „U Grubego” było tanio. A Des prędzej by umarła z głodu niż napisała do ojca z prośbą o większą ilość pieniędzy. Nie rozstali się pięć lat temu w najlepszej atmosferze, delikatnie mówiąc, i Desdemona od tego czasu nie widziała się z rodziną.
Niecałą godzinę później raczyli się gorącym gulaszem, świeżo upieczonym chlebem i popijali wszystko niezłym, mocno drożdżowym piwem. O tej porze dnia w karczmie prawie nie było gości, oprócz czwórki przyjaciół i dwóch ludzi, siedzących w zacienionym kącie gospody. A raczej człowieka i krasnoluda. Desdemona zerknęła ciekawie w ich kierunku. Czarnobrody krasnolud, mocno pochylony nad ogromnym kuflem z resztką ciemnego piwa na dnie, tłumaczył coś zawzięcie swojemu towarzyszowi, którym okazał się postawny, wyższy chyba jeszcze od Dietera młodzieniec o niezbyt zachęcającym wyrazie twarzy. Do uszu dziewczyny dobiegły pojedyncze słowa, wymówione w szorstkim, gardłowym khazalid. Po chwili od interesującej pary uwagę Des odciągnęła dyskusja, która rozgorzała przy jej własnym stoliku.
„…wracam do Bek.” Powiedział Richard, w odpowiedzi na pytanie Yvonne, co będzie porabiał po zakończeniu semestru. „Matka potrzebuje mojej pomocy, odkąd ojca złożyła podagra, a brat jest zbyt mały, by przejąć obowiązki w gospodarstwie.”
„A wrócisz na studia?” Zapytał Dieter.
„Jak Taal pozwoli.” Odrzekł medyk ze smutkiem w głosie.
„Ja chyba w końcu pójdę do Świątyni.” Powiedział Dieter. Desdemona spojrzała zaskoczona.
„Udało ci się przekonać rodziców?”
Dieter wzruszył ramionami.
„Ojciec zawsze był za. Matka tylko zalewała się łzami, ilekroć o tym wspomniałem.”
„Twoi bracia zginęli na służbie Ulryka, prawda?”
Chłopak kiwnął głową.
„Ulher jeszcze podczas wojny, nawet go nie znałem. Leopold kilka lat temu, w walce z wyznawcami jakiegoś kultu zapomnianego nawet przez ich plugawego boga.”
„A więc mały Dieterek myśli o kapłaństwie.” Uśmiechnęła się złośliwie Yvonne. „Najwyższy czas, żeby ktoś oczyścił z ptasich odchodów ten piękny, marmurowy pomnik stojący przed świątynią Ulryka.”
Desdemona roześmiała się głośno.
„Nie wiedziałam, że odwiedzasz wystarczająco często Ulicę Świątynną, aby znać takie szczegóły, Yvonne.”
„I kto to mówi.” Odrzekła dziewczyna, uśmiechając się zaczepnie. Wszyscy wiedzieli, że Desdemona nie była zbyt religijną osobą. Nie, żeby nie wierzyła w bogów. Po prostu nie poświęcała ich istnieniu zbytniej uwagi.
„A ty Des?” Zmienił temat Richard. „Wracasz do domu po zakończeniu semestru?”
Dziewczyna skrzywiła się na tę myśl.
„Myślałam, żeby pojechać do Ravenstein, do siostry. Ale najpierw muszę zdobyć trochę funduszy na przyszły semestr.”
„Masz jakąś robotę na oku?”
„Tak. Gretchen Zangermann chce wyjść ponownie za mąż.”
„To ta szlachcianka z Wolfenburga?” Zapytała Yvonne. „A co ty masz z tym wspólnego?”
„Rodziny nie chcą spisać kontraktu małżeńskiego, dopóki nie udowodni swojego szlacheckiego pochodzenia.”
„Życzę jej powodzenia.” Mruknął Dieter. „Po wojnie niewiele dokumentów przetrwało, zwłaszcza w Ostlandzie. Moja rodzina miała ten sam problem z udowodnieniem swoich roszczeń do zniszczonych nieruchomości.”
„To prawda.” Desdemona pokiwała głową. „Niemniej rodzina wdowy szuka kogoś, kto spróbuje w ratuszu w Wolfenburu dokopać się do ich dokumentów.”
„Wolfenburgu! Jesteś pewna, że to dobry pomysł? To kawał drogi.” Powiedziała Yvonne.
Des wzruszyła ramionami.
„Nie pierwsza, nie ostatnia taka podróż. Poza tym naprawdę dobrze płacą.”
„Mówią, że drogi są wciąż niespokojne.”
„Zawsze były, są i będą niespokojne.”
„Jak chcesz Des, ale nie mów, że cię nie ostrzegałam.”
Rozmawiali jeszcze chwilę. Richard wstał pierwszy, pożegnał się z przyjaciółmi i pobiegł z powrotem na wykłady. Dieter niechętnie poszedł za jego przykładem. Dziewczyny również opuściły karczmę – Yvonne skierowała się do Taalgarten na spotkanie z nowym chłopakiem, a Desdemona ruszyła w stronę karczmy, w której od kilku miesięcy wynajmowała pokój. Gdy zbliżała się do Krugerplatz, zwrócił jej uwagę tłum ludzi, zmierzający w tym samym kierunku co ona, wyraźnie czymś poruszony.
„Co się dzieje?” Dziewczyna zaczepiła straganiarkę, sprzedającą na ulicy sery.
„Będą palić czarnoksiężnika.” Odpowiedziała kobiecina wyraźnie rozczarowana, że nie może opuścić straganu, aby zobaczyć widowisko.
Desdemona skrzywiła się odruchowo. Wkrótce z trudem przeciskała się przez podeskcytowany tłum. Gdy skierowała wzrok w stronę, w którą wpatrywali się ludzie, dostrzegła ułożony wysoki stos drewna. Wokół kręciło się kilku strażników i trzech łowców czarownic. Dwóch strażników stało obok konstrukcji, trzymając osobę, która musiała być skazanym. Nawet z tej odległości Des mogła dostrzec plamy krwi pokrywające prawie całe ubranie więźnia i nienaturalnie wykręcone ręce w stawach. Człowiek wisiał bezwładnie w uścisku strażników, nie reagując zupełnie na otoczenie. W jego stronę poleciało kilka rzuconych przez ludzi kamieni. Dziewczyna odwróciła wzrok i spróbowała przepchać się w stronę wyjścia z placu. Kilka osób warknęło na nią, gdy przeciskała się pomiędzy nimi. Tu i ówdzie dostrzegła siedzące na ramionach rodziców dzieci.
Oto pierwsza lekcja imperialnej sprawiedliwości – krew lejąca się z szafotu. Pomyślała. Patrzcie i uczcie się dzieci, i cieszcie się, że nie was dotyczy ta sprawiedliwość. Po chwili zrozumiała, że nie da rady przebić się w stronę uliczki prowadzącej do jej dzielnicy. Usłyszała pojedynczy krzyk i poczuła zapach dymu. Odwróciła się i wypatrzyła lukę w tłumie, którą podążyła jak najszybciej. Krzyk nasilił się. Des dotarła do uliczki prowadzącej do Dzielnicy Rzemieślniczej, gdzie tłum wyraźnie się przerzedzał. Przyspieszyła kroku. Za nią ludzie wyli i klaskali.
Nie miała ochoty wracać do karczmy. Wypatrzyła znajomą trasę i ruszyła przed siebie. W końcu poczuła niedający się z niczym pomylić zapach garbowanej skóry. Na niskim, obdrapanym budynku wisiała tabliczka z napisem: „Max Holz, usługi kartograficzne.” Dziewczyna wspięła się po wąskich schodkach prowadzących na półpiętro i zapukała do drzwi. Po krótkiej chwili usłyszała trzask odsuwanej zasuwy i w drzwiach stanął Max.
„Des!” Odsunął się, wpuszczając dziewczynę do środka. Mieszkanie kartografa było jak zwykle zawalone stosami pergaminów, w większości pokrytymi starannymi rysunkami i mapami. Tu i ówdzie leżało kilka książek, trochę ubrań i starych map.
„Cześć Max!” Odpowiedziała Des i nie czekając za zaproszenie rozsiadła się na jedynym wolnym krześle, mierząc kartografa wzrokiem. Max był jedną z pierwszych osób, które poznała po przyjeździe do Talabheim. Pochodził z Ravenstein i był kuzynem męża jej siostry. Albo coś w ten deseń. Spostrzegawcza dziewczyna szybko zauważyła cienie pod oczami kartografa i plamy atramentu na dłoniach. Musiał ślęczeć nad mapami do późnej nocy.
„Co słychać?” Zapytał mężczyzna, uśmiechając się do Desdemony.
Wykrzywiła twarz w grymasie niechęci.
„Łowcy czarownic znowu urządzili publiczną egzekucję na Krugerplatz.”
„Aha.” Kartograf wzruszył ramionami. „Ludzie muszą mieć jakąś rozrywkę. Inaczej mogliby zacząć myśleć.” Max pochylił się nad jedną z narysowanych przez siebie map, powąchał i delikatnie zaczął zwijać. Des zauważyła za jego plecami otwarte pojemniki na mapy i rozbebeszoną torbę podróżną, która natychmiast przykuła jej uwagę.
„Wyjeżdżasz gdzieś?” Zapytała, zmieniając temat.
„Aha. Do Wolfenburga.”
Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.
„Do Wolfenburga? Kiedy?”
„Pojutrze.”
„A po co?”
Kartograf wskazał dłonią na schnące pergaminy.
„Tamtejsze archiwum zamówiło sporo map. Chcę je zawieźć osobiście, na wypadek jakby mieli jakieś uwagi.”
„Max! To świetnie się składa! Mogę jechać z tobą?”

Desdemona Hilde

Gniew Bogów ooska